Karola nigdzie nie zobaczyła, wyszedł na miasto, jak ją objaśniono, wskazując jednocześnie salę, w której pracował Maks Baum.
Wyszedł do niej spiesznie, był w niebieskiej bluzie, z twarzą poczernioną, z pozlepianymi od potu włosami, z fajką w zębach i z rękami w kieszeniach.
— Co się stało? — zapytała.
— I... nic. Zwaliło się rusztowanie, które i tak rozbierać miano.
— Nie było żadnego wypadku z ludźmi?
— Karol nie zginął, wyszedł z Morycem przed chwilą — odpowiedział sucho.
— Wiem o tym , ale czy robotnicy nie ucierpieli, bo słyszałam krzyk...
— Podobno jest ktoś potłuczony, bo również słyszałem ryczenie.
— Gdzie oni są? — zapytała trochę rozkazująco, bo już ją niecierpliwiła niedbałość jego odpowiedzi i jakby wyzywający nieco wyraz twarzy.
— Za trzecią salą w korytarzu. Po co pani ten widok?