— Nie sprzedawaj jeszcze, mam pewną ideę.
— Dlaczego Maks spojrzał na mnie jak zbój, nie przywitał się i poszedł?
— Nie wiem, wczoraj mi tylko wspominał, że nosisz w twarzy jakieś nowe łajdactwo, że coś zamierzasz...
— On jest głupi, co ja za łajdactwo mogę nosić w twarzy, przecież ja mam twarz zwykłą, porządnego człowieka twarz, nieprawdaż Karol?
Oglądał się w lustrze starannie i swoim ostrym jakby przyczajonym do skoku rysom, nadawał dobroduszny wyraz.
— Nie dziw mu się, jest zgnębiony sprawami ojca.
— Radziłem mu dobrze; wziąć starego pod kuratelę, obezwłasnowolnić220; w fabryce zaprowadzić swoją administrację. Nie zgodził się, chociaż córki i szwagrowie chcieli. W ten tylko sposób mogli coś uratować.
— Maks powiada, że majątek ojca, więc stary może go nawet zmarnować, jeśli mu się tak podoba.
— On jest za mądry, żeby tak myślał szczerze, tam coś innego być musi.
— Może i nie być, bo, bądź co bądź, to dosyć nieprzyjemne ogłaszać wariatem własnego ojca.