— Tak się podobno kochała w Wysockim — powiedział tonem zdziwienia, pełnego złośliwości.
— To jest taka prawda, jakby kto mówił o bankructwie Szai.
— Dlaczegóż nie miałaby się w nim kochać? Ona piękna, on przystojny. Oboje mają pewne wspólne społeczne bziki, oboje namiętni, widziałem u Trawińskich, jak się zjadali oczami. Mówili tam o ich małżeństwie... — ciągnął nieubłaganie, bawiąc się cierpieniem, jakie znać było na twarzy przyjaciela.
— Może i tak było, nic mię to nie obchodzi.
— Mnie by obchodziła przeszłość narzeczonej. Nie ożeniłbym się z kobietą ze wspomnieniami.
Uśmiechnął się tak złośliwie, że Moryc zerwał się gwałtownie.
— Po co mi to mówisz?
— Nie ubliża to ani tobie, ani pannie Meli, mówię, co mi na myśl przyszło. Bardzo się cieszę nawet, że się żenisz tak świetnie.
Uśmiechnął się znowu zjadliwie.
Moryc trzasnął drzwiami i wybiegł wzburzony i wściekły na Karola.