— Prawda, to heliotrop! — zawołał, żywo odbierając chusteczkę i chowając ją zbyt spiesznie — Mateusz, pomimo zakazu, perfumuje mnie ciągle zamiast pilnować, aby w pralni nie zamieniali drobiazgów mówił niedbale, ale czuł, że Anka nie uwierzyła w to niezręczne tłumaczenie.
Posiedział jeszcze chwilkę, próbował nawet szerokiej, serdecznej rozmowy, ale spotykał się ciągle z niedowierzającym wzrokiem dziewczyny, więc wstał do wyjścia.
Anka wyprowadziła go jak zwykle na werendę, gdzie już Mateusz czekał z latarnią.
— Mateusz, nie perfumujcie panu chusteczek tak silnie — powiedziała cicho.
— Ja ta nie perfumuje, u nas ta nijakich perfumów nie ma — odparł zaspanym głosem.
Anka drgnęła nieco, patrząc na zakłopotaną twarz Karola.
— Może pan z nami jutro pojedzie do kościoła?
— Jeśli będę mógł, to dam znać rano.
Z tym się rozstali.
Anka wolno powróciła do mieszkania, kazała pogasić światła, wydała polecenia na jutro, powiedziała ojcu dobranoc i znalazłszy się w swoim pokoju, stanęła przy oknie i długo patrzyła w ciemne przepaście nieba, długo rozczuwała wszystko.