Pan Adam zaczął nawoływać, więc poszła i przywiozła go na werendę.
— Karola nie było?
— Nie wiem, przyszłam niedawno.
Milczeli długo, unikając spotkania się oczami aż w końcu pan Adam rzekł nieśmiało:
— A może byśmy razem odmówili nieszpory, co?
— Dobrze, o dobrze! — zawołała radośnie i zaraz przyniosła książkę do nabożeństwa.
— Bo... widzisz... przypomni to nam Kurów... — szepnął, zdjął kapelusz, przeżegnał się i zaczął powtarzać za nią, głosem pełnym wiary i uczucia, łacińskie słowa hymnów.
Cisza przedwieczorna zrobiła się jakaś głębsza i rozpościerała się razem ze zmrokiem, który już rozsnuwał swoje pajęcze posnowy na niskie domy i ogrody, tylko cynkowe dachy i szyby paliły się jaskrawymi blaskami zachodu, a dymy idących i w niedzielę fabryk podobne były do różowych pierścieni, które nieskończonym, spiralnym łańcuchem biły prosto w niebo.
Anka czytała do samego zmroku, jej czysty głos o głębokich akcentach lirycznych, rozlewał się koliskami po werendzie, poruszał lekko obwisłe liście wina i chwiał delikatnymi kwiatami powojów i groszków pnących się po balustradzie, a potem gdy skończyła, uklękła przy starym i dawnym kurowskim obyczajem zaśpiewała stłumionym nieco głosem:
Wszystkie nasze dzienne sprawy...