Rwały się im tylko takie słowa z piersi przepełnionych przerażającym ogniem.
— Weź mnie Karol, weź mnie całą i na zawsze.
Nie wiedzieli nawet, kiedy stanęli na miejscu.
Zajechali przed pałacyk Zukerów, stojący w okolicy miejskiego lasku.
— Chodź do mnie — szepnęła, trzymając go silnie za rękę.
Bezwiednie, z przyzwyczajenia wsunął drugą rękę do kieszeni, gdzie miał rewolwer.
— Niech August zaczeka na pana — zawołała grzmiąco do stangreta.
— Chodź, nie ma nikogo, on — mówiła z naciskiem — pojechał. Nikogo prócz służby nie ma w domu.
Puściła jego rękę, bo służba otwierała drzwi.
— Zapalić światło w saloniku wschodnim. Podawać zaraz herbatę.