Zuker patrzył, ześrodkowywał wszystkie władze w tym drapieżnym, chciwym spojrzeniu, pragnął wyrwać tajemnicę z szarych źrenic Karola, który co chwila przysłaniał powiekami oczy i bezwiednie poruszał różne przedmioty na biurku, ale czuł, że jeszcze chwil kilka takiej nieopowiedzianej męki, niepewności, a zdradzi się.
Ale Zuker podniósł się z krzesła i cicho zapytał:
— Co ja mam myśleć o tym, panie Borowiecki?
— To pańska sprawa — rzekł niepewnie, bo przyszło mu na myśl, że może Lucy wyznała wszystko.
Nogi zaczęły drżeć pod nim, poczuł miliony drobnych ukłuć po głowie i skroniach.
— Ja to mam mieć za odpowiedź pańską?
— No cóż pan chcesz, abym odpowiadał na taką podłą potwarz.
— Co ja mam z tym robić, co ja mam o tym myśleć?
— Poszukać autora listu, wsadzić go do więzienia za fałsz i nikomu o tym nie mówić, ani słowa. Mogę panu pomóc w poszukiwaniach, bo przecież i mnie ta sprawa zahacza.
Odzyskiwał spokój i równowagę, był pewnym już, że Lucy nic nie powiedziała, więc podnosił głowę wyżej i śmiało, bezczelnie patrzył na Zukera, który zrobił kilka bezcelowych kroków, usiadł, oparł głowę o ścianę i oddychał długo, aż zaczął mówić z trudem...