— Co ci się stało? — zapytał chory, usłyszał bowiem.
— Nic... nic... uderzyłam się o drzwi... — szeptała, chwytając się za głowę, aby ukryć pomieszanie, aby się choćby na chwilę opanować.
Trzęsła się jak w febrze, wszystko w niej tak dygotało, że stać nie mogła.
Straż ogniowa, poprzedzana chrapliwymi głosami trąbek, w największym galopie przeleciała ulicą.
— Anka, co to?
— Wozy jakieś przejechały tak prędko... — odpowiedziała.
— Zdaje mi się, że jakąś muzykę było słychać?
— To dzwonki od sanek!... dzwonki!... Może ojcu przeczytać co, dobrze?
Skinął głową potakująco.
Przyciszyła w sobie burzę, nadludzkim wysiłkiem zapanowała nad sobą i zaczęła czytać.