Karol tyle zrozumiał, że ktoś umarł.
— Kto umarł, gadaj po ludzku — krzyknął zniecierpliwiony.
— Starszy pan! O mój Boże, przylatujemy, a tu pan nieżywy, a panienka na ziemi...
— Słuchaj błaźnie, nie bredź, bo ci łeb rozbiję o drzwi! — zawołał Karol, przyskakując do niego.
— Pan Adam umarł na anewryzm serca, spowodowany prawdopodobnie nagłym przestrachem, byłem tam... Idź pan do panny Anki, bo i ona na pół żywa! — powiedział mu Wysocki.
Borowiecki, który ojca kochał bardzo, był przerażony tą wiadomością i jakby nie wierząc zapewnieniom doktora, pobiegł do domu.
W progu już spotkał Ankę, którą przenoszono do Trawińskich.
— Panie Karolu! panie Karolu! — wyszeptała dziewczyna, chwyciła jego rękę i strumień łez popłynął po jej mizernej twarzy.
— Cicho! nie płacz... Fabrykę odbuduję na nowo... Wszystko będzie dobrze...
— Ojciec... ojciec...