— Karol, ty nie patrz tak na mnie, ja cię kocham jak brata, mnie aż serce boli, kiedy myślę nad twoimi stratami, mnie cię tak żal, tak chciałbym pomóc ci czymkolwiek, że chociaż mi to na nic, kupiłbym od ciebie te place po fabryce i te resztki, jakie zostały. Ty wiesz, jakie ja mam serce dla przyjaciół. Zapłaciłbym gotówką, pożyczyłbym, a zapłacił zaraz, miałbyś z czym zaczynać.
Karol oburzony tym projektem, otworzył mu drzwi.
— Masz moją odpowiedź! Interesy załatwiam w kantorze...
— Co! co! mnie?... Za moją przyjaźń, za moją życzliwość — wrzeszczał Moryc.
— Wynoś się, bo cię wyrzucić każę — zawołał porywczo i zadzwonił na Mateusza.
Moryc wyniósł się, a on usiadł do obliczań, które długo trwały.
Wstał od nich blady i zdenerwowany, bo asekuracja pokrywała tylko długi największe, a miał jeszcze do pokrycia masę drobnych, które mogły zjeść wartość placów, jakie miał, tak, że w rezultacie nie pozostawało mu nic.
Pójdzie znowu do służby, znowu będzie musiał słuchać, znowu zostanie maszyną w jakim wielkim organizmie, znowu będzie się wić długie lata w męce bezsilności, w marzeniach bezpłodnych o swobodzie, będzie się targać na łańcuchu zależności i przez kraty, z nizin, będzie znowu patrzyć na tych, którzy budują fabryki, tworzą ruch, zgarniają miliony i żyją całą pełnią władz swoich, pragnień, namiętności!...
— Nie... nie... nie... — syczał przez zaciśnięte zęby i odpychał te obrazy przeszłości z pogardą i z nienawiścią.
Dosyć się już najadł dotychczasowego życia i, żeby nie wiem co, nie powróci do niego.