— Na długo pani wyjeżdża? — zapytał prędko Maks.
— Może zupełnie, nic jeszcze nie wiem, co zrobię ze sobą...
— Niedobrze pani w Łodzi?...
— Tak, bardzo niedobrze, ojciec umarł i...
Nie dokończyła.
Maks przerywać nie śmiał.
Milczeli, spoglądając na siebie bardzo życzliwie.
Anka uśmiechała się do niego takim szczerym, radosnym uśmiechem, że Maks topniał jak wosk i dawno ukrywana miłość przejmowała mu serce taką radością i rozczuleniem, że byłby z radością całował jej krzesło, ale pomimo to siedział sztywno, powiedział jeszcze kilka zdawkowych grzeczności i wstał do wyjścia.
— Już pan idzie? — zawołała z przykrością.
— Muszę, bo stąd prosto jadę na ślub Moryca z panną Melą Grünszpan.