Widzisz to wielkie błękitu przestworze?

To trocki zamek — a to trockie morze.

J. Słowacki, Hugo

Żeglujemy po spienionych, sinych z oddali, a zielonkawych z bliska, owych falach trockiego morza. Miasteczko usuwa się, skupia w panoramę. Dwanaście wysp rzuconych na ruchomą taflę lazuru, dziwnie uroczo urozmaicają swą zielenizną jezioro, bezbrzeżne, głębokie, wiejące chłodnawą atmosferą. Spokój luby od razu opanowywa serce wśród téj ciszy przerywanéj tylko pluskaniem wiosła; człek się rozmarza, i z gotowym nastrojom do religijnego oglądania świętych szczątków przeszłości, podsuwa się pod niezmiernie malownicze ruiny baszt zamkowych i stawia stopę na wyspie, aby je z bliska oglądać.

Już od lat czterechset siedmiudziesiąt bóg piorunów Perkun nie ma tu świątyni; posąg jego o szczerozłotych licach już nie patrzy jasném brylantowém okiem na swych czcicieli; od czterech i pół wieków popioły Kiejstuta leżą kędyś w urnie na dolinie Świętoroha: — a jednak duch pogańskiéj litewszczyzny i duch Kiejstuta wieją spomiędzy tych gruzów, spomiędzy szczerbów strzelnic i okien — ulatują ponad jeziorem i nakazują cześć najbardziéj prozaicznemu gościowi. Drąc się przez gruzy i ciernie, jakie na nich wyrosły, człek rad by obiegł w jednéj chwili całe zwaliska, zazdroszcząc lekkości kozom, które wieszając się po urwiskach baszt, ogryzają młode gałązki, na najwyższych ich szczytach porosłe.

Zamczysko zbudowane w kształcie prostokąta, zadziwia swoim ogromem. Strona szersza wynosi 40, węższa 25 sążni85. Okrągłe bastiony występują w znacznéj części za krańce ścian narożnych. Jeden z nich tylko sterczy wspanialéj; inne osypały się do połowy. Czworoboczna baszta dumniéj jeszcze podnosi swoję głowę, odartą z przykrycia, poszczerbioną mieczem czasu i świecącą martwemi oczami swych okien dawno już nieoszklonych. Zamek środkowy dzieli na dwa dziedzińce całą przestrzeń opasaną wałem. Gmach dzielił się na dwa piętra: w pierwszém, jak zwykle, były mieszkania i składy; drugie służyło do obrony. Zewnątrz zamek całkowicie niepobielony, świeci się czerwonemi cegłami i siwemi kamieńmi; wewnątrz dopatrzysz gdzieniegdzie szczątki tynku, a na nim gdzieniegdzie szczątki malowideł. Jeszcze w r. 1822, p. Wincenty Smokowski w jednéj sali naliczył i przerysował dwanaście obrazków znalezionych na murze w sali pierwszego piętra, a raczéj dwanaście nieodgadnionych ułamków malowidła86. Dzisiaj tynk poopadał, deszcz opłukał farby, tak że ledwie kilka pojedynczych rysów pędzla gdzieniegdzie można dostrzec. W jednéj framudze jeszcze pozostały ślady figury oznaczonéj u p. Smukowskiego nr 2, przedstawiającéj mężczyznę w profilu siedzącego na tronie, a przed nim niewiastę cóś żywo rozprawiającą. W téjże framudze jeszcze ocalał w górze fresk mężczyzny z twarzą do widzów obróconą, trzymającego w jedném ręku cóś na kształt miecza, w drugiém kartę (u p. Smokowskiego nr 3). Nie śmiejąc nic stanowczego wyrokować ani o dacie malowideł, ani o przeznaczeniu téj sali, zwracamy uwagę na podobieństwo układu téj figury z postacią Zygmunta Kiejstutowicza na majestatycznéj jego pieczęci, którą posiada p. Michał Baliński, a którą dał sztychować w swojéj historii Wilna. Obraz Najśw. Panny, którego nie dostrzegł p. Smokowski, a który w naszych oczach wraz z tynkiem spadł z wysokości trzech sążni i potłukł się na najdrobniejsze okruchy, oraz jedna postać, jak się zdaje w ubiorze franciszkana (apostoła Litwy), naprowadzają na myśl, że tu być mogła kaplica. Inne zarysy wyobrażające książęcia na majestacie, a przed nim lud błagający (u p. Smokowskiego nr 2, 4, 7, 8, 11 i 12) zdają się wskazywać miejsce na sądy lub przyjęcia posłów. Mogła zresztą ta izba zmieniać swe przeznaczenie, a będąc sądową za Witolda lub jego brata Zygmunta, zostać kaplicą za Kazimiérza Jagiellończyka, który tu długo i chętnie przebywał. Wniosek ten tém jest podobniejszy do prawdy, że p. Smokowski dostrzegł na freskach odnawianie, dokonane w lat 150 jakąś mniéj biegłą ręką.

W jednym z ocalałych lepiéj bastionów, wpośród gruzów kamieni, cegieł i wapna, lubiłem siadywać w wydrążeniu okna i dumać po godzin kilka, spoglądając to na pogodne niebo i siny, nieogarniony okiem przestwór jeziora, to na spienione jego fale, które pluchotały o podstawę baszty. Wobec tych gruzów potęgi pogańskiéj Litwy, wobec wód, które były świadkami założenia tego zamku i jego rozlicznych kolei, dumki o przeszłości obwiewały głowę, rozmarzały, upajały i przenosiły ją w daleko upłynione lata, tak żywo, tak obecnie, żem, zda się, słyszał wrzawę walczących, żem widział łodzie najezdników płynące pod mury, a na murach chrobre drużyny litewskie gotowe do dania odporu strzałami i kamieńmi. A ci, co napadają, są koniecznie w zbroi błyszczącéj, w najeżonych piórami hełmach, w białych płaszczach z krzyżami; — a ci, co się bronią, są w kołpakach rysich, w niedźwiedniach, z długiemi dzidami i z kamiennemi topory. A dowódca ich mały, krępy, żwawy staruszek, w sutéj niedźwiedni, w sobolim szłyku, — muskularną dłonią wywija żelazny topór, błyszczy oczami pełnemi zapału, grzmi w trąbkę, i silnym głosem, czystym litewskim akcentem wydaje swoim rozkazy. To Kiejstut, ostatni konserwatysta staréj Litwy! A przy nim młody, urodziwy, długowłosy, piękny jak Apollo, groźny jak Mars — Witold, zdaje się przedstawiać młodą Litwę, niezłomną w swych elementach, ale już dostępną światłu Wiary i Postępu, które jedne tylko zdolne są uratować niepodległość téj ziemi od chciwego krwi i zaborów krzyżowego rycerstwa... Takie mię widma obsiadały w zamku trockim; snuły mi się przed oczami rozmaite chwile i ustępy z przeszłości tego silnego grodu, to skupiając się w porządną całość, to rozlatując się fantastycznie, jako istne mary na jawie.

Z wysokości téj baszty poglądając to na sine jezioro usiane zielonemi wysepkami, to na widnokrąg okolicznego kraju, zakończony górami i lasem, to na obszernie rozsiadłe, ale ciche, małe i biedne miasteczko wystrzelające wieżycami swych kościołów nad skromne drewniane dachy Karaimów, — opowiedzmy pokrótce dzieje tego zamku i tego miasta, dzieje niegdyś głośne i znakomite, dziś zamszałe, jak te kamienie, przepłynione i spędzone z pamięci ludzkiéj, jak te fale jeziora, które pieniąc się i szumiąc, muszą ustąpić pędowi coraz nowéj a nowéj fali.

Nazwisko Trok po raz pierwszy na schyłku XII stulecia wspomniał Snorro-Sturlezon Islandczyk, autor ciekawéj dla północnych dziejów kroniki pt. Historiae regum septentrionalium, Lagman czyli stróż prawa na swéj wyspie — który nie wiadomo szczegółowo kiedy i jaką burzą zawiany w te strony, zostawił wspomnienie o Wilnie i Trokach, zwyczajnie jak Niemiec przekręcając nazwiska miejscowe: Wilno nazwał Velni, Troki Tyrki, Merecz Misiri; nic zresztą godnego uwagi nie wzmiankując o tych okolicach, jeno iż tu zastał osadników normandzkich, z którymi się ich własnym językiem rozmówić zdołał87.

A w tymże czasie, czy może jeszcze pierwiéj, miała istnieć gdzie dzisiaj Stare Troki litewska osada zwana Ghurgani, gdzie był gród litewskich książąt, świątynie bogów i mieszkania ludu, które się ciągnąc aż do Wilna, jakby jedno miasto z Wilnem tworzyły88. Wiedząc, jak mało była nasiadłą Litwa, nie możemy wcale przypuszczać, że pasmo tych domów nie przerywało się zgoła; owszem, wśród gór wysokich, wśród poplątanych brzóz, dębów i sosen, były to polanki wyrobione na pole uprawiane kamiennemi młotami i drewnianemi patyki, wpośród których wznosiły się wioseczki Litwinów małe kiemelis albo ukis, pojedyńcze ich chaty z pasiekami pszczelnemi, z gajami poświęconemi bogom, ze świętemi wężami, co się tu swobodnie lęgły, chaty, nad któremi unosiła się wiecznie struga dymu świętego znicza. Były to karczowiska, trzebieże wśród lasów, po litewsku trakas, które dały gotową naturalną nazwę osadzie.