Wjazd do miasteczka Wysokiego Dworu odczarowywa całą intrygę: jest to mieścina licha, złożona z kilkunastu rozrzuconych po wzgórzach chat i dwóch karczem żydowskich. Zapewniano nas, że się ta mieścina nie ma ubogo: posiada młyn, folusz, papiernię dzierżawioną przez Żyda, który swój wyrób do Wilna i Kowna dostarcza — ma zresztą do roku trzy jarmarki — a urozmaica się malowniczym widokiem dworu położonego w oddali.
Dach żydowskiéj karczmy w Wysokim Dworze osłonił nas na popas taki, jakich dobrze jest świadom każdy z litewskich czytelników. Na szczęście piękny dzionek pozwolił użyć przechadzki, tém bardziéj zajmującéj, że się oko pasło co chwila nowym widokiem. Zwiedziłem zarosły odwiecznemi lipami cmentarz dominikańskiego niegdyś kościoła — przebiegłem kilka czytelnych jeszcze na nim nagrobów katolickich i wysłuchałem relacji miejscowego starca o dawnych hucznych tutaj jarmarkach, gdzie w osobnym drewnianym domu, którego ukazywał mi zwaliska, odbywały się tańce ludu przy muzyce na osobnym chórze umieszczonéj. Sklep pod tymże domem służył do przechowywania napojów, potrzebnych do rozgrzania lub ochłodzenia jarmarkowéj publiczności. Mutantur tempora — i dzisiaj są tu jarmarki, i dzisiaj lud się upija, tylko już nie pląsa pod takt rzęsistéj kapeli.
Kościół dominikański w Wysokim Dworze (obecnie cerkiew) założyli w r. 1629 Jan Alfons Lacki starosta żmudzki i żona jego Joanna z Talwojszów, uposażając konwent na osób dwanaście97. Ten Lacki odznaczył się męstwem pod Smoleńskiem, Chocimiem i na innych miejscach w Inflantach i Prusach, a mianowicie mężnym odporem Szwedów spod Dynaburga, którego był starostą98. W kościele tutejszym był stary obraz N. P. Marii Rożańcowéj, malowany na blasze i pogięty od kul rusznicznych, któremi doń strzelano podczas rozruchów wojennych w r. 165699 Dominikanie utrzymywali tu parafię, dziś rozdzieloną i przyłączoną do parafij sąsiednich. Parafię teraźniejszéj cerkwi składają koloniści wielkorosyjscy, którzy Bóg wié kiedy, może za Stefana Batorego, wyszedłszy z kraju, osiedli w niektórych powiatach Litwy.
V
Jeszcze krajobrazy — Słówko o wieśniakach — Kurhan za wsią Lelańcami — Miasteczko Stokliszki — Kościół w niém — Wyjazd do wód stokliskich
Wypocząwszy nieco w Wysokim Dworze i drogo zapłaciwszy za rybę (która chciałem wiedzieć, jak tutaj smakuje), bo aż 25 kopiejek za porcję — przy zachodzącém słonku wyruszyliśmy daléj na Stokliszki. Minąwszy miasteczko zwróciłem się raz jeszcze, aby obaczyć ogólny efekt Wysokiego Dworu z jego innéj strony. Stąd się jeszcze piękniéj niż od trockiéj strony wdzięczy panorama miasteczka. Niewielki murowany dworek uśmiechająco się jakoś wygląda zza owocowych drzew swojego ogrodu; dawniejszy kościół majestatycznie wychyla dwie swoje wieżyce sponad wierzchołków starych lip, co go dokoła otaczają; nawet chaty wiejskie, dzięki promieniom zachodzącego słońca, wyglądały jak wieśniak powracający z kiermaszu, w staréj sukmanie, w różowym humorze, chwiejący się na nogach.
Góra zakryła ten widok; wionął nam w oczy chłodek wieczorny, i w rzewném jakiémś usposobieniu ducha wjechaliśmy do lasu po największéj części liściowego, pełnego uroczych wzgórzy i dolin zarosłych, ówdzie dębem, ówdzie wesołą brzózką, ówdzie smętną jedliną. Ciągnąc się dobre pół mili, przerzadził się na koniec i odkrył szeroki widok na pole, zawsze górzyste, na jesienną siejbę zorane. Pomimo, iż te wzgórza z tamtéj strony Wysokiego Dworu dostatecznie zda się nasyciły oko, tutaj nie można było obwinić ich o monotonność; bo każdy taki garb ziemi umiał zawsze inaczéj, zawsze miléj uśmiéchnąć się do przechodnia. Tam grunta czerniejące świeżą skibą, tam pole okryte zbożem, przez które, literatnie mówiąc, ani wąż się nie przeciśnie; tam dolina wdzięczy się zieloną łąką albo wioszczyzną czy dworkiem niespodzianie wychylającym się zza wzgórza. O! czémże jest to pióro, niedołężne do oddania ludzkich myśli i uczuć narządzie? jak może malować przyrodę, kiedy na tysiące jéj wdzięków ma ledwie kilka wyrazów, które ustawicznie powtarzać musi? Las... wzgórze... łąka... łatwo powiedzieć; ale jak oddać ten wyraz, co odróżnia las od lasu, wzgórze od wzgórza? jak schwycić odcień myśli bożéj na każdym jednorodnym przedmiocie, coraz piękniéj, coraz rozmaiciéj wypiętnowany? jak określić ten duch boży, co niewidzialnie dla oka, ale obecnie dla duszy unosi się nad każdym krajobrazem, i w tchnieniu wiatru, i w promieniu słońca, w samym niedostrzeżenie lekkim ruchu powietrza? Daremna mozoła! Pełna pierś wrażeń, pełna imaginacja obrazów; lecz gdy się przychodzi do ich sumiennego wyspowiadania na papier — jakże kopia niższa od pierwowzoru! jakżeś niedołężny, człowieku, ze swém piórem, choćbyś to pióro napawał we krwi własnéj!
Zatopionemu w rozważaniu piękności przyrody, przykro mi było, że postacie ludzkie nie przychodzą urozmaicać tylu cudnych widoków. Chciałem rozpytywać się, gwarzyć, dzielić się wrażeniami; a tu droga tak pusta, że zaledwie w ciągu dnia udało się napotkać dwóch czy trzech pieszych wędrowców i wśród tylu pięknych dzieł Stwórcy zamienić z bliźnim chrześcijańskie: „Niech będzie pochwalony!”. Wioski uciekły gdzieś od drogi, która fantastycznie podchodzi do nich i znowu w inną stronę odbiega. Na dwóch milach zaledwie przejechaliśmy parę czy trzy niewielkie wioski. Zapamiętałem jedną, że się nazywa Krunciki, u spodu góry, która się rozdzierając na dwoje, wysącza ze swego wnętrza mały strumyk i otwiera panoramę rozległéj zielonéj równiny. Inna wioska nieopodal dworu, zowiąca się podobno Lelany, jako w dzień świąteczny wrzała życiem nieco uroczystszém: z gospody słychać było gwar zabawy, a na ulicy biegały dziewczęta i dzieci, szwargocząc językiem litewskim, niestety! niepojętym dla nas, którzy piszemy historyczne litewskie poemata. Wszakże wieśniak litewski cywilizowańszy od nas w téj mierze: bo krom rodowitéj litewszczyzny, dobrze rozumié język polski i nieźle się nim tłumaczy. Ubiór mężczyzn nie różni się od ubioru wieśniaków w okolicach Wilna; dziewczętom zaś dodaje wiele powabu biała płachta, noszona na sposób szalu na wierzch białéj koszuli i kolorowego gorsetu. Typ twarzy płci obojga nie odznacza się wdziękiem i nie różni się wielce od typu podwileńców.
Wnet za wsią Lelanami, w pośród pogórków, królując małéj łące, środkiem któréj strumyk przebiega, wznosi się okazały starożytny kurhan, owalnym kształtem z ziemi usypany, szerszy u podstawy, u wierzchołka węższy i jakby na ukos ucięty. Z zapałem chwyciłem za ołówek chcąc go przerysować; ale gdy mrok wieczorny położył stanowczą przeszkodę zamiarowi, pobiegłem go przynajmniéj obejrzeć i zmierzyć. Nie licząc wzniosłego pagórka, na którym leży, kurhan od swéj nasypowéj podstawy ma wysokości kroków 37, średnicy w górze kroków 27, u podstawy zaś obwodu kroków około 200. Wierzchołek kurhana zaorany pod żyto, snadź już od wieków karmi chlebem okolicznego wieśniaka. Ale jak się wdarł ze sprzężajem na tak stromą wysokość? co to jest za nasyp? i jakie o nim podanie? nikogo nie było na samotném polu, kto by mię objaśnił, kto by opowiedział przywiązaną doń legendę: bo nie podobna, aby nie było w wiosce jakiéj o tym kurhanie legendy prawdziwéj albo improwizowanéj. Tylko późniéj i to gdzie indziéj dowiedziałem się o tutejszym i jeszcze inszym kurhanie, że je oba przed niepamiętnemi wieki usypało, czapkami nosząc ziemię, jakieś wojsko, na znak zwycięstwa. Mamy więc choć krótką, ale i poetyczną, i pół historyczną, i co najważniejsza ściśle barwą ludową nacechowaną legendę. Radzi byśmy, aby panowie badacze eks professo, którzy kiedyś ten kurhan otworzą, raczyli ją przyjąć bez dalszych śledzeń: bo jak poczną badać datę bitwy i imiona walczących — to prawdy nie dośledzą, a legendę popsują. Biedny jaki miejscowy starzec, któremu uczenie zadadzą kłamstwo, nie odważy się już prostym jak on wędrowcom opowiadać o nasypach ziemi czapkami, — a o ścisłych rezultatach poszukiwań naukowych możemy się albo nie dowiedzieć, albo im nie uwierzyć.
Noc zapadła, — księżyc ukazał się zza lasu; błysnął w oddali planeta Jowisz, gwiazdka, co zwykła podzielać moje wieczorne dumania. Na prawo wzgórza; na lewo ciągnie się błoń niezmierzona okiem i zakończona u krańców horyzontu czarnym lasem, a przed nami w oddali błysnęły wieżyce kościoła w Stokliszkach. Szczegóły krajobrazu nikły w cieniu wieczornym; mogliśmy jeno dostrzec, że powierzchnia gruntu nieco równiejsza, a natura jego bardziéj jeszcze poczyna być gliniastą. Znużony całodzienném drapaniem się po górach, koń nasz okazywał niezmyśloną potrzebę żłobu i wypoczynku. Wjechaliśmy do miasteczka Stokliszek przesunąwszy się mimo pięknego kościoła, nie mogąc rozpatrzéć szczegółów jego budowy, — a zawiadomieni, że w miasteczku uchodzi za najlepszą oberża starozakonnego Mordehela, zapukaliśmy do wrót i serca zacnego Izraelity.