Wziąłem teczkę, uporządkowałem papiery i poszedłem.
Była 9 wieczór 17 stycznia 1943 roku.
Widna noc, rozjaśniona świeżo spadłym śniegiem, ciepło, za murkiem w odległości 5 metrów i jednego życia rozlegały się miarowe kroki żandarma... Parę minut po dziewiątej byłem w mieszkaniu Mietka R. w sąsiadującym z nami bloku mieszkalnym metalowców.
Gości już nie było. Żona R. spazmowała — gospodarz wyszedł ze mną do przedpokoju.
Wyjaśnił mi krótko, że wieczór literacki się odkłada... jego goście dostali jakiś alarmujący telefon od „arka11”, zabrali swoje żony i spiesznie wyjechali. O 5 rano można się spodziewać akcji.
— Chociaż — dodał przy tym uspakajająco — on rzekomo dzwonił do jakiejś fiszy z Alei Szucha12 i tenże odpowiedział, że wykluczone, że mowy nie ma etc., szablon plotki uspakajającej.
— Oby wszystko było dobrze... — powiedział jeszcze, patrząc już w inną stronę, i wrócił do żony.
Wyszedłem na ulicę. Różnica dziesięciu minut, co za potworny kamień na piersiach, ten murek jest wiekiem trumny, czuję się ściśnięty, zduszony, osaczony, zamknięty...
Nie wrócę do domu. Żona nie powinna wiedzieć, że wieczór się nie odbył.
Trzeba coś zrobić z czasem. Poszedłem na wartownię werkszucu13. Już zimny podmuch złej wieści dotarł i tu...