— Pijcie panowie piwo.
Grzeszczeszyn jest podniecony, mówi piskliwie, z gardła.
— Ach, słyszałem, słyszałem, proszę księdza. Księża narodowi zakorzeniają tu niepokój. Mój Boże, co za czasy, poprzyjeżdżali jacyś wycirusy, bez Boga w sercu, tumanią ludzi. Myśmy musieli się zatrzymać u Mariankowskiego, może mi się uda przekonać tego wichrzyciela. Mam misję i muszę ją wypełnić. Ach, jak cierpię, gdy widzę łotrów podnoszących głos na prawych duchownych.
— E, nie jest tak żle. Damy sobie z nimi radę — odpowiedział ksiądz. — Nie trzeba się znów tak przejmować. A wiecie co, moi drodzy? Może zjemy coś i napijemy się czegoś mocniejszego, co? Mam dobrą kaszasę, starą. Chichutko, zaraz każę ją podać i coś do przegryzienia. No bo jakże tak na sucho?
Grzeszczeszyn ukrył twarz w dłoniach i wysyczał czy wyjęczał: „Poczciwina — wszelkie łajdactwa rozbijają się o jego dobroć”. Zaciągnąłem się papierosem łapczywie i poprawiłem się w fotelu. Z rozkoszą byłbym zrobił teraz Grzeszczeszynowi jakąś wyrafinowaną krzywdę, na przykład zanurzyłbym mu twarz w łajnie, już nie wiem, coś w tym rodzaju. W tej chwili był ohydnie sztuczny, śliski, trudno to wyrazić. Za jakiego durnia musiał mnie uważać, skoro sobie pozwalał wobec mnie na takie komedie. Raptem spojrzał na mnie kwaśno i żałośnie i powiedział:
— E, pan tego wszystkiego nie rozumie!
— Rozumiem to, że jest pan skończona małpa — powiedziałem wreszcie.
Twarz mu się skurczyła, nabrała wyrazu. Powiedział słodko:
— Pan się upił, młody człowieku.
Ksiądz wszedł dużymi, energicznymi krokami. Zatarł ręce, powiedział coś na temat pogody i że zaraz nam podadzą przekąskę. Na chwilę zaciekawiły go nasze miny i zaraz dodał: