Chwytam ich spojrzenia — co mi jest? Jakieś pijane przypuszczenia. Może wydaje mi się, ale te spojrzenia wcale nie są takie znow duchowne, raczej poufne i porozumiewawcze spojrzenia mężczyzny i kobiety. Brr, jestem stanowczo przedenerwowany, przesiąknięty wyimaginowanymi nastrojami, atmosferą tajnych dziwności w tej mieścinie. Teraz siedzę w tym chłodnym pokoiczku, słucham bezpłciowej rozmówki murrurur, cszup-czszup, pszz — i wspominam szeroką, widną przeszłość, twórczą i męską. Wstają, pokazują ochronkę, tu salka taka a taka. Gdzieniegdzie migają śmiertelne twarzyczki, upiorki takie blade.
— Do widzenia, szczęśliwej podróży, tylko niech pan nie zapomni o morwach, panie Grzeszczeszyn!
Ksiądz wyszedł z nami, żegnamy się na rozstaju, z uśmieszkami jak szkiełka na twarzy. Oglądam się za księdzem: wiatr miota jego sutanną, ksiądz zatacza się zdziebko, czarny jest, parasol nad nim czarny, dziwny sprzęt w rękach człowieka. Biorę Grzeszczeszyna pod rękę i mówię mu coś o przeproszeniu, że się uniosłem, że jestem nerwowy. Powiada:
— Głupstwo, tego nie było, tego się nie pamięta, chodźmy prędko, bo się spóźnimy na obiad.
Częstuje mnie papierosem, jest dobry, wybaczył mi.
Jemy teraz obiad u sympatycznych Mariankowskich. Opowiadam, jakie na mnie zrobiły wrażenie dzisiejsze wizyty, opowiadam ja, bo Mariankowski mnie o to pyta. Mówię, że to wszystko jest może interesujące dla tutejszych ludzi, ale dla człowieka, który świeżo przyjedzie z Europy, bardzo szare, małe i ubożuchne. Że przy tym dręczy mnie niepogoda, że tutejsze deszcze są dziwnie posępne, tęskliwe. Mówię o wizycie u sióstr, że ksiądz zachowuje się tam tak swobodnie, że bardzo po męsku...
— Bo przecież żyje z tą mniejszą — mówi Mariankowski poważnie.
Patrzę na Grzeszczeszyna, ale on się za czymś ogląda, wreszcie powiada, że mu potrzebna jest sól, że lubi słono. Mariankowski mówi dalej:
— Wie pan, ja tu niby z nim, jak to się mówi, walczę. I nie wypadałoby mi o nim źle się wyrażać, zwłaszcza o jego prywatnych historiach. Ale ten jego stosunek z przełożoną jest wszystkim wiadomy. Ludzie tutaj są tacy, że się szybko do największych dziwactw przyzwyczajają i lubią spokój. On przy tym wszystkim jest zdecydowany alkoholik, często zdarza mu się mszę odprawiać po pijanemu, raz nawet zatoczył się z monstrancją przy ołtarzu. Chodzi sobie często do tych sióstr, one mu tam warzą różne nalewki, śpiewają mu — żyją sobie dość dobrze, tak pospołu. Widzi pan, ja jestem człowiek młody, muszę się wyżyć, mam dużo energii, czytam Russella, czytam Boya i oni mnie nauczyli, co to jest człowiek, świat wali naprzód jak wściekły, a tu taki lump w sutannie robi sobie z ludności stado owiec, rzeczywiście, pasterz. Teraz to się trochę po moim przyjeździe zmieniło, ale dawniej to przecież on ze swego stolca kapłańskiego zbierał masę pieniędzy, i gdy się w tym zorientowałem, to aż mi się niedobrze zrobiło, tak ludzie byli nim otumanieni. Sprowadziłem księdza narodowego, ten znowuż tuman i niedołęga — ot, ksiądz bez praktyki. No, o tyle jest potrzebny, że chrzty i pogrzeby robi za darmo. Ludzie zaczynają się trochę orientować. Grzywa robi na gwałt kolegium, oczywiście po to, aby umocnić swoje wpływy. Kolonia jest bogata, udało mu się zebrać trochę pieniędzy, ale teraz koniec, zabrakło. Teraz tak trzeba by wykombinować, żebyśmy my ukończyli to kolegium, żeby ostatnie słowo zostało przy nas. No, robi się coś niecoś,- zobaczymy, co będzie dalej. Pobędzie pan tu w Brazylii nieco dłużej, to się pan zorientuje we wszystkim. Chorobą i pasożytem naszych kolonii tutaj jest ksiądz-misjonarz. Wyleczy się z tego, będzie zdrowie, będzie rzetelna, twórcza i ludzka robota.
Grzeszczeszyn siedzi niemrawo uśmiechnięty i gdy patrzę na niego, przychodzi mi na myśl, że przecież on nie posiada za grosz wyrazu, że ta twarz nic nie mówi. Ot, dupo-twarz. Widzę, że Mariankowski nie ma właściwie wyraźnego stosunku do niego, traktuje go jakoś niepewnie. No, ale dosyć już o tym Grzeszczeszynie, postać ta korci mnie bardzo i ciągle się nią interesuję. Wstajemy od stołu i w sali towarzystwa Mariankowski nakręca patefon. Żałosne melodie kaboklerskie snują się między nami, wytwarzają nastrój banalnej lecz przyjemnej tęsknoty, pobudzają umysł do wspomnień o kraju, zdają się łączyć ze szmerem kropel na szybach, nie sposób się z tego otrząsnąć, choć się wie, że jest to bardzo naiwne.