Mariankowski pił właśnie piwo i parsknął tak śmiechem, że opryskał nam głowy.

— Ależ panie, przecież Caio Machado żyje, siedzi w Sao Paulo!

— To może brat tamtego, czy co u licha — wyszeptał ponuro Grzeszczeszyn. — E, zresztą bierz was diabli, upiłem się jak rzemieślnik. Głupstwo, tańczmy, grajmy — kto wie, co człowieka może jutro spotkać!

Przeszliśmy do sali, Grzeszczeszyn szalał, tańczył sam przy dźwiękach Śmierci Azy. Wychyliliśmy się na chwilę z Mariankowskim przez okno, aby zobaczyć jaka pogoda zapowiada się na jutro, gdy raptem usłyszeliśmy za sobą pisk pani Mariankowskiej; obróciliśmy się i zobaczyliśmy pochylonego Grzeszczeszyna jak biegł szczypiąc palcami powietrze za łydkami niewiasty. Usadowiliśmy Grzeszczeszyna na krześle, zanosząc się od śmiechu. Mruczał coś o swym parszywym życiu i konieczności zrobienia czegoś wielkiego. Potem wstał, wyjął z kieszeni pomarańczę — zdziwiło nas to, że nosił w kieszeni taką wielką pomarańczę — rozdarł ją palcami i zjadł łapczywie po pijacku.

Tak nas ciągle absorbował sobą, że ciągle byliśmy tylko nim zajęci. Siedzieliśmy teraz sennie, przeglądając pisma. Grzeszczeszyn wstał powoli z twarzą bladą i zdumioną, szybko podszedł do okna, otworzył je i zwisł tam jak szmata, w okropnych, przejmujących torsjach. Wynieśliśmy się do drugiego pokoju, Mariankowska zaczęła słać łóżko, a myśmy patrzyli sobie w oczy i bardzo serdecznie zanosiliśmy się od śmiechu.

Postać Grzeszczeszyna zjawiła się przed nami niby duch. Trzymał rękę na sercu i wyszeptał grobowo:

— Pomarańcza mi zaszkodziła.

Patrzył na nas przez chwilę badawczo, jakie też wrażenie sprawiła na nas diagnoza. Po chwili powiedział jeszcze:

— Słusznie mówią Brazylianie: pomarańcza jest rano złotem, w południe srebrem, a wieczorem zgubą. Idę spać.

Poszedł. Rozmawiałem jeszcze z Mariankowskim z godzinę, a kiedy poszedłem na górę, zobaczyłem Grzeszczeszyna rozebranego i w łóżku, kolba smitha sterczała spod poduszki. Spał skulony jak embrion, ze złą miną.