Kiedy przechodziłem obok niej po raz trzeci, spojrzała na mnie dość ostro i zaraz odwróciła się. Mruknąłem po portugalsku coś w rodzaju przeproszenia. Do obiadu włóczyłem się w pobliżu domu z obrzydliwym samopoczuciem, w czasie jedzenia wyraziłem zniecierpliwienie w związku z przymusowym postojem tutaj. Mariankowski odpowiedział mi, że w Brazylii używa się ciągle słowa paciencia — „cierpliwości”! Jakoś mnie uspokoili, ględziło się o tym i owym, w pewnej chwili weszła znajoma mi od rana nauczycielka, przywitała się z nami wesoło, do mnie powiedziała: „A, to pan tak ciągle w tę i nazad”... Grzeszczeszyn zaczął się jej przypominać, że byli razem na kursach w Kurytybie. Nie pamięta go, nie może go sobie przypomnieć. Odwołała na bok Mariankowską, bo przyszła w interesie. Znów całe popołudnie graliśmy w preferansa, przy kolacji mówiło się wiele o Sowietach, ale to wszystko było wodniste, bez humoru. Toteż wcześnie poszliśmy spać. Leżeliśmy już w łóżkach, w głowie tłukły mi się idiotyczne myśli, coś tak bez sensu, że aż brzydziłem się samym sobą. Przy tym wwiercały mi się do ucha obleśne słowa Grzeszczeszyna:
— ...a raz miałem jedną malarkę w Częstochowie — żyłem z nią — wie pan... Namalowała raz mój portret w smokingu i obtoczyła mnie namalowanymi nagimi kobietami... to ja jej mówię: „Coś ty Nenka zwariowała, przecież jakże ja to komu pokażę... taką nieprzyzwoitość”... No to ona zmalowała te baby... Tak, mówię, to teraz rozumiem... bo tylko powiedz pan...
Wcześnie rano obudził nas Mariankowski z wiadomością, że Hessel przysłał karosę, która jedzie do Prudentopolis. Pokój pełen był słońca, jasności, pogody. Na dole czekał na nas rudy Ukrainiec, handlarz owoców, ze swoją karosą. Siedem drzemiących mułów i jeden koń stały w zaprzęgu. Karosa była szeroka, miała płócienny dach — cygańska buda na czterech kołach. Z ochotą zbierałem swoje drobiazgi, uradowany pogodą i ruszeniem nareszcie z miejsca. Pożegnaliśmy się z Mariankowskimi, powiedziało się trochę słów na temat ich gościnności, umówiliśmy się z karośnikiem co do opłaty za przejazd, po dziesięć milreisów od osoby, i muły leniwie ruszyły Z piętnaście minut jechaliśmy przez miasto. Iraty na skutek rozstania z nim wydało mi się milsze, pogodniejsze, takie sobie ciche, prowincjonalne miasteczko. Droga nieco podeschła, była czerwona i tłusta. Leżałem na deskach, trzęsło mną jak worem, sielankowo gryzłem sobie jakąś trawkę. Grzeszczeszyn siedział obok Ukraińca, który mu opowiadał, że przywiózł tysiąc pomarańcz, nie mógł ich sprzedać, wreszcie sprzedał je wendziarzowi32 za dwadzieścia milów. Stracił, my pokryliśmy mu tę stratę. Jakieś cztery kilometry za miastem, Grzeszczeszyn poprosił aby chwilę poczekać na niego, sam pobiegł do pełnego wrzasków dziecięcych budynku, przywitał się tam na ganku z wiotką postacią kobiecą, chwilę stali, on coś zapisał, potem ona odprowadziła go do furtki i teraz zobaczyłem pannę Genię. Kiwnęła do mnie ręką, przechyliła głowę z leniwym uśmiechem na twarzy. Kiedyśmy ruszyli, patrzyłem na nią, w jej błękitne oczy pełne uśpionych, dziewczęcych tęsknot. Odwróciłem się i spotkałem tuż za sobą zmętniałe i kleiste oczka Grzeszczeszyna, wpatrzone we mnie ze śmieszną badawczością.
— Ja ją kocham, tę pannę Genię — wyszeptał spierzchniętymi wargami.
Wyraz twarzy miał idiotyczny, jego wyznanie obruszyło mnie. Czyż myśli — dureń — że mnie to cokolwiek obchodzi. I mówi mi takie rzeczy w tej karosie, w Brazylii, w słońcu. Potnik — psiakrew! Robił na mnie wrażenie starego potnika.
Jechało się tak po cygańsku, wesoło. Ukrainiec wykrzykiwał, nie miał nawet bata, bo w Brazylii rzadko się używa bata; muły wcale by od tego prędzej nie biegły; lubią się wlec powoli. Czasem, z górki, ruszały trochę prędzej. Droga była dość szeroka, zarosła po obu stronach drzewkami splątanymi z krzewami i trzciną — takuarą. Ciągle jeszcze było mało egzotyzmu, czasem samotna palma. Mijały nas czasem wlokące się ciężko karosy, pozostawiając na mnie atmosferę nużącej, powolnej podróży, zaniku energii. Powożący kabokle byli przeważnie w portkach tylko i koszuli, w wielkich, słomianych kapeluszach na głowie. Z tyłu, za pasem tkwił długi czasem na łokieć nóż — fakon. Pozdrawiali nas skinieniem głowy, czasem który powiedział: bom dia33. Po dwóch godzinach jazdy zatrzymaliśmy się przed przydrożną wendą. Ukrainiec kupił kukurydzy dla koni, zaprosił nas do środka i wendziarz postawił przed nami pół szklanki wódki z błękitnym kolorkiem nafty. Pijcie, powiedział do mnie Ukrainiec. Popatrzyłem z determinacją na szklankę, słyszałem, że to wielka obraza odmówić wypicia, przy tym przyszło mi na myśl, że widać wendziarz nie ma więcej szklanek, trzeba więc ją opróżnić. Wychyliłem całą dozę straszliwego trunku i chwilę trwałem niemy, ogłupiały. Posłyszałem za sobą śmiech wendziarza, podniosłem głowę i spotkałem się z groźną miną Ukraińca. Grzeszczeszyn zaczął mu gwałtownie coś wyjaśniać, że jestem tu od niedawna, że wiele rzeczy jeszcze nie wiem. Potem zwrócił się do mnie ze słowami, że zrobiłem głupstwo, bo tutaj wódkę piją wszyscy z jednej szklanki, Ukrainiec nas zaprosił, mam go przeprosić. Zrozumiał, roześmiał się, kazał podać nową porcję, wypili i wleźli do karosy. Idiotyczny jakiś wypadek. Brr!
Śmieszny truchcik, na jaki się zdobywają muły, to chyba największy ich wysiłek. Na ogół jedziemy wolno w zaczynającym się skwarze. Miejscami przejeżdżamy obok spalonych obszarów, tzw. ros. Tę rabunkową gospodarkę powoduje ilość i taniość ziemi w Brazylii. Rolnik tutejszy rzadko karczuje i pługiem uprawia ziemię. Nacina foisą — wyostrzonym żelazem, umocowanym na kiju — zarośla, pozostawiając tylko co większe drzewa, następnie podpala to wszystko. Zarośla-krzewy, tzw. capoeira, podcięte i wysuszone, palą się z trzaskiem i kanonadą pękającej od ognia takuary34 w brunatnych kłębach dymu migają czerwone płachty ognia. Bój, piekło. Na czarnej i nasyconej zwęgloną roślinnością ziemi sterczą kalekie kikuty opalonych drzew. Na tym pogorzelisku kolonista wykopuje w ziemi dołki i prymitywnie, ręką, sadzi w nich nasiona kukurydzy, fiżonu (fasoli), żyta i jeszcze innych trudnych dla mnie w tej chwili do wyliczenia płodów rolnych. Mijając te żałosne, śmiertelne obszary, widzimy budzące się na nich nowe życie: zielone krzaczki przyszłych plonów. Czasem wśród ciemnej gęstwy dalekich lasów widać jasną plamę żyta czy pszenicy. Te czarne placki nagiej ziemi pośród skołtunionej flory brazylijskiej sprawiają wrażenie jakiejś paskudnej choroby, która niszczy bujną czuprynę puszcz i zarośli. Po obu stronach drogi teren staje się coraz dzikszy, daleko ciemnieją posępne, obrosłe lasem wzgórza. Coraz częściej zrywają się spośród gałęzi drzew stadka, to znów po dwie i trzy papugi; wrzeszczą brzydko, trzepocąc szybko skrzydłami. Czasem przesunie się przed oczami masywny krzak banana z kiścią zielonych owoców. U końca tej kiści coś do złudzenia przypominającego serce, ciemnoczerwone, matowe. Serce ofiarne.
Słońce grzeje duszno, nie widać go wyraźnie na niebie, różowieje bezkształtną, chorowitą plamą na tle wyblakłego i bez chmur oblicza niebios. Dzwonki, poruszane szyjami ciągnących nas bydląt, tną nerwowo powietrze. Trochę leżę, to znów siadam, jest mi gorąco, rozsadza mnie coś od wewnątrz, czuję w sobie jakieś jady. Tak podle zresztą miewam się już od paru miesięcy, powiadają, że to aklimatyzacja. Ospowata twarz Grzeszczeszyna także pokryła się kroplami potu, wygląda teraz kostropato, niechlujnie. Jest zajęty rozmową z Ukraińcem, ciągle coś mówi, wypytuje. Rozmyślam o czasie, cóż to za bujda straszliwa wymyślona przez nas, przecież to nic nie znaczy, raz za krótko, raz za długo, teraz na przykład dłuży mi się w lepką, nieskończoną nitkę, tu na tym wozie. We łbie mam wodę, myślę bzdury. Po co ja teraz jadę? Co ja tu robię? Co to za zajęcie dla mnie obijać się w tej budzie na kołach. Co! Wojna! Ucieczka! Muszę, do jasnej cholery!
Widać muszę, skoro jadę. Lecz żaden ze mnie dzielny podróżnik. Histeryczna, warszawska, kawiarniana wywłoka!
Odwraca do nas swoją czerwoną twarz Ukrainiec i radzi, żeby zostawić broń, jaką mamy, u księdza w Prudentopolis, bo tam dokąd jedziemy, aż do Hervalzinho krąży lotna policja z Beniaminem Branco na czele, odbiera wszystkim broń, obija pyski szikotami35 i wyłapuje zastarzałych bandytów, takich, co to kilka lat temu kogoś ukatrupili, i teraz nareszcie policja się za nich zabrała. Grzeszczeszyn odpowiada, że bardzo by chciał się z tymi facetami spotkać, to by było dopiero pierwszorzędne poznajomienie, już oni prosiliby Boga, aby on tej broni nie wyjmował: „Mowy nie ma, nie rozstaję się ze swoim smithem-pewniakiem”. Tak mówi Grzeszczeszyn, człowiek odważny, zaprawiony w tutejszym życiu. Ale we mnie coś się dzieje po słowach Ukraińca, niedobrze się ożywiam, chwyta mnie wstrętny lęk przed tym, co mnie spotka, bo z góry wiem, że broni nie oddam, bo w Brazylii nikomu nie oddaje się broni, po takim czymś i tak się od razu dostaje kulą w łeb i to z własnego rewolweru. Droga robi się nagle wściekle interesująca, wszystko jakoś wyplastyczniało. Zaczynam dużo i szybko myśleć. Słowo „wracać” staje się dla mnie nagle bardzo istotne, otula mi głowę, nagli. Grzeszczeszyn gwiżdże, przesłania oczy dłonią i mówi: „Hej, jakież to żyto wspaniałe widzę”. Udam, że się rozchorowałem i wrócę. Takie straszne spotkanie, już widzę: otaczają nas... Nie, nie mogę przecież oddać broni, więc co? Strzelam, pakuję cały magazyn, ich jest więcej, koniec ze mną, ciągną za nogi i w capoeirę, tam gniję, rozdziobią mnie corvy. Ja się tu męczę, a to bydlę gwiżdże. Jakże mu powiem, że chcę wrócić, domyśli się tchórzostwa. Ale to nie tchórzostwo, to lęk przed sytuacją tego spotkania, przed obrzydliwą, idiotyczną śmiercią. Kładę się, rozklejony zupełnie i wiję się pod świdrem ohydnego lęku. I to jeszcze tak dostać parę kul w tym upale, w tym żarze, gdzieś na pustej drodze. Nie, ale nie wrócę. Komu innemu wyraziłbym chęć powrotu, ale Grzeszczeszynowi nie. Jadę dalej.