Nie wiem, co ze sobą zrobić. Najchętniej wyciągnąłbym się na czymś miękkim i kopcił papierosy. Wstaję z ławki, łażę po wendzie, natknąłem się na worek z owocami bawełny, staram się tym zainteresować, ale nic! Takie sobie bazie, nie większe od fasoli, w środku — rzeczywiście — bawełna, wata. Kabokle kolejno całują swoją szklankę z kaszasą, przyglądają mi się. Wszyscy, jak jest ich czterech, sięgają mi wzrostem do ramion. Są chuderlawi, wynędzniali o żółtawej cerze — mikrusy. Syfilis, ankilostoma49 szimaron i różne biszki50 pokurczyły ich, zniszczyły prężność i mięśnie, nie pomaga dumnie wzniesiona głowa, godnie i powoli wymawiane zdania, płomieniste oczy. Można ich zgarnąć jednym ruchem ręki jak butelki ze stołu. Wyszedłem przed wendę i rozglądam się w tym kotle. Cicho tu jest, trochę smętnie i dziko, drzewiny jakieś pokraczne, gdzieniegdzie trochę trawy, parę chałup, mała drewniana cerkiew na wzgórzu, w pyle kapliczka polska, gdzieniegdzie pokazują się światełka, czerń nocy przyprósza to wszystko, opada i na duszę, nudzi. Ach, jak nudzi!
Spotykam się w ciemnościach z Grzeszczeszynem i Jonczynem. Wchodzimy do wendy, na ladzie świeci lampa naftowa, przybyło trochę ludzi, wszystko to w kłębach dymu, załamujące się cienie na sprzętach. We trzech schodzimy po schodkach do kuchni, na podłużnym stole blaszane talerze i kolacja: kura na szmalcu i jajka, w rodzaju sadzonych, też na szmalcu. Wypijamy po kieliszku cieplutkiej kaszasy, inaczej tych potraw nie można by przełknąć. Po kolacji ci dwaj czują się znakomicie, ale ja siedzę osowiały, czuję ten szmalec w żołądku, wiem, że mi pomoże trochę szimaron, więc proszę o kuję, piję i od razu wszystko się staje jakieś prostsze i lepsze, staję się lekki, rozmowny. Wspaniałe świństwo.
Powoli i ostrożnie, omijając się delikatnie słowami, Grzeszczeszyn i Jonczyn krążą powiewnie niby duszki taktu wokół pieniężnego tematu. Jeden drugiego nie chce urazić. Wreszcie na śmiałe pytanie Grzeszczeszyna, co się za tę całą podróż i nocleg należy, pada skromniutka odpowiedź:
— A to już ile pan uważa!
— Powiedzcie sami, panie Jonczyn. Ja tam tego nie mogę wiedzieć, ile — mówi Grzeszczeszyn.
— Nie wiem, panie. Ja z tego nie żyję, to i nie wiem. Wykalkulujcie sami i powiedźcie.
Jonczyn zachowuje się, jakby go ta kwestia mało obchodziła. Parę razy zmienił temat, zagadnął wendziarkę o jej handel, coś tam zaczął mówić, kiedy Grzeszczeszyn nagle zdecydował się i palnął:
— Dam panu dwa mile i pronto51. Co, już?
Poderwało mnie to z ławki. Jonczyn na chwilkę się skrzywił, ruszył wąsami i zaraz spokojnie i z godnością odpowiedział:
— Co tam panie o pieniądzach będziemy mówili. Nic mnie nie ubędzie, jesteście z Polski, to co tam od was będę brał!