Odpowiedziałem mu, że muszę na nim pojechać.
Stachurski chwycił go za wędzidło i wyprowadził „nas” przez furtkę, po czym ją zamknął. Bur stał w miejscu i tulił uszy. Do płotu zbliżał się Janicki, kobieta, Stachurski już stał, nadbiegała dzieciarnia. Z daleka widziałem grupę ludzi przed wendą „Suchodolski Srokoń”. Bębniłem palcami w siodło i pogwizdywałem niemelodyjnie. Z nieba sączył się żar, ale tłum przy płocie trwał. W ręku miałem szikotę, brazylijski bat, z żelaznym kółkiem przy rękojeści. Tym kółkiem, zapominając o wszelkich towarzystwach opieki nad zwierzętami, począłem prać bydlę po pysku. Jakże się wierci... jakże nieudolnie stara się stanąć dęba... ugina przednie nogi, kręci się w kółko, stara się, (wyraźnie: stara się!) przycisnąć mi nogę do płotu, tuż przed nosem Janickiego. W końcu... W samą porę na szczęście — bo od strony wendy biegli nowi widzowie — w końcu ruszył jakimś niezdarnym galopem w stronę drogi. Jechaliśmy pod górę. Ludzie, a zwłaszcza Janicki zniknęli mi z oczu. Myślałem sobie, jakiej to trzeba cierpliwości, żeby takie niesforne bydlę poskromić. Wydostaliśmy się na równinę. Droga była szeroka, biegła kręto, między rzadkimi zagrodami. Teraz z łatwością dogonię furę, pomyślałem z ulgą. Bur biegł truchcikiem i ochotnie skręcił w bramę wiodącą do jakiejś chałupy. Ale tu go — na moją prośbę — kakoblo z dwoma chłopakami sromotnie przegnali drągami. Zawrócił, ale na drodze skręcił w stronę Tereziny. Zdarłem mu tak łeb cuglami, że wyglądał niby rasowy rumak na paradzie. Tańczył. Musiałem mieć niesłychaną minę, bo dwaj kabokle przechodzący drogą usiedli, położyli węzełki obok siebie i poczęli się zaśmiewać. Bur wesoło podążał w dół. Zsiadłem i począłem go prowadzić z powrotem. Na to się godził. Znów mijaliśmy dwóch kabokli, którzy zabierali się dalej w drogę, ale na nasz widok znów przysiedli. Uszedłem z gadziną jakiś kilometr, wreszcie znienacka wskoczyłem w siodło. To go trochę zdezorientowało, ale już nie zawrócił, tylko skręcił w ledwie widoczną w gąszczu ścieżkę i począł schodzić po stromym, obficie zarośniętym zboczu. Spadł mi kapelusz, jakieś kolce darły mi koszulę, szorstkie gałęzie cięły po policzkach, bur ślizgał się na zadnich kopytach, w pewnej chwili omal nie spadłem mu przez łeb, otaczał nas mrok, głusza zupełna. Objąłem ramieniem jakieś drzewo, lewą ręką szarpnąłem cugle — przystanął. Obaj dyszeliśmy ciężko, na twarzy czułem krople potu czy krwi. Z wdziękiem począł obgryzać listki takuary. Ciągle trzymając się drzewa, zlazłem z tego łotra. Zaszedłem mu do pyska i zajrzałem w oczy. Mrużył je z rozkoszy, jaką mu sprawiało żarcie. Z całej siły wyciąłem mu to, co się u ludzi nazywa policzek. Otrząsnął łeb i żarł dalej. Staliśmy w krzewach po szyję, na niewygodnej pochyłości. Pociągnąłem go za cugle, powlókł się ciągnąc za sobą takuarę. Znów wyszliśmy na drogę i w spiekocie, nurtowany nieludzką wprost wściekłością, szedłem, prowadząc go za cugle. Gdyby nie Janicki i wstyd powtórnego pokazania się z tym szatanem, powróciłbym do Tereziny. Szedłem z godzinę, odpocząłem, znów szedłem, na niewiadome, nie znając drogi. Koło mostu pociągnął mnie w dół, ku rzece, powodowany nieopanowanym pragnieniem. Przemocą dałem się tam zaprowadzić. Skierował pysk ociekający wodą w moją stronę i przez chwilę miałem wrażenie, że mrugnął do mnie lewem okiem. Wróciliśmy na most, tutaj próbowałem wsiąść na niego, ale nie pozwolił, zresztą nie miałem już sił. Nasze kroki ponuro dudniły po moście. Wprawdzie miałem rewolwer przy sobie, mógłbym mu strzelić w łeb, ale pomyślałem, że to nie jest załatwienie sprawy. W tej chwili czułem do niego nienawiść równą nienawiści do człowieka, który się względem nas szczególnie podle zachowa. Naprzeciw turkotał wóz i szybko rozpoznałem — jakże mi bliską w tej chwili — roześmianą twarz Grzeszczeszyna. Wracali po mnie.
— Cóż się też stało?
Bez fałszywego wstydu, zdecydowanym ruchem wskazałem na bura.
— Nie chce mnie nieść — powiedziałem.
— A któż to panu tego bura znów wytrzasnął?! — zawołał Wójcik. — Przecież to bur Smyka, znany łajdak w całej okolicy... któż to go panu przyprowadził?
— Więc ja... więc ja, bo nie było żadnego konia — odpowiedział Grzeszczeszyn.
— Jak to, i Smyk panu nic nie mówił?
— Mówił że jest narowny, ale ja pomyślałem, że pan Łóniłowski da sobie z nim radę... Pan Łóniłowski nie jest żadna pokraka, hehehe!
Teraz wiedziałem, że Grzeszczeszyn zrobił mi na złość. Chwilę się nad tym zastanowiłem, ale nic nie dałem po sobie poznać.