Znalazłem sobie miejsce obok Dąbskiego i zaraz ujrzałem, jak Grzeszczeszyn coś go tam wypytywał z rozbieganymi oczkami. Jakże różnie wyglądali ci dwaj; jeden zuchwały, hajdamacki; drugi jakiś mdły, przechytrzony. Między kolanami Dąbskiego stał znany mi już z widzenia, dwunastoletni chłopak i z śmiałą, poważną minką rozglądał się po obecnych. Kilku mężczyzn ustąpiło nam miejsca przy stole i zasiedliśmy razem z Dąbskim i jego synem do kolacji. Dąbski spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem: drwina pomieszana z szacunkiem. Jadł kilka minut łapczywie, mrużąc jedyne oko, czasem odsuwał na brzeg talerza kawałek mięsa i wskazywał go chłopakowi. Był brudny, jak to ludzie prości w podróży; skudłane włosy nosiły ślady przygodnych noclegów, zgrubiałe, przeżarte brudem palce łakomie rwały pajdy chleba. W pięciu tworzyliśmy przy stole osobne towarzystwo, bo pozostali mężczyźni, sąsiedzi Psycha siedzieli pod ścianą dyskretnie i pili szimaron, paląc ciągle i gadając o swoich codziennych kwestiach. Dąbski odsunął pusty talerz, popił kawy, odsapnął i począł krajać fumę na papierosa. Spojrzał na mnie jakoś boczkiem i zapytał:

— Pan niedawno z Polski?... z jakiej guberni?

— Mieszkam w Warszawie, panie Dąbski.

— A lubelskiego nie zna pan? Ja z lubelskiego, na Tatarach mieszkałem, na folwarku u Borzęckich służyłem i stamtąd tu wyemigrowałem. Zna pan lubelskie?

— Sam Lublin znam, lubelskiego nie!

— A teraz chce się pan trochę przejechać po Brazylii... Grzeszczeszyn mi mówił... my teraz z końmi będziemy jechać do Londriny, z dziesięciu chłopa. Jedni końmi pohandlować, drudzy wywiedzieć się o ziemię, bo tam teraz kolonizacja ciągnie, do Anglików... ziemia tam dobra. Tylko że droga to ciężka, bez wygód, pikadami89, spania marne, do życia sama tylko pasoka, ryż z fiżonem od święta i kawa. Zapłacicie, to wam o siodła się wystaram, a co do koni, to już mniej kłopotu, bo kilkadziesiąt, całą tropę90 będziemy prowadzili. Jak tylko pogoda zaniesie się na stałe, zaraz chłopi mają zjechać od Hervalzinho, u mnie się mają spotkać i zaraz jedziemy w selve. Tylko namyślcie się panie, bo powiadam wam, że będzie ciężko, utrudzicie się. Droga jest mało znana, przez ogromne lasy i znają ją tylko bracia Sawczuki z Hervalzinho, którzy już ze dwa razy tamtędy jechali. Namyślcie się dobrze, tobyśmy jutro wyjechali do Candido, tam mam dom, moglibyście pomieszkać, aż tamci zjadą i hajda. Dla nas im więcej ludzi, to tym lepiej, bo i broń pewnie macie, a strony dzikie. No i co powiecie?

Porozumiałem się wzrokiem z Grzeszczeszynem co do tej gratki, bo zarówno jemu, jak i mnie, taka właśnie podróż się uśmiechała. Może się nareszcie coś zobaczy w tej Brazylii. Ostatnie słowa Dąbskiego brzmiały zachęcająco. Do rozmowy wtrącił się Wójcik:

— Ja myślę, że to będzie dla was najlepsze, poznacie kawał kraju, a trochę niewygód tylko dobrze wam zrobi. Gdybym miał czas, sam bym się z wami zabrał. Radzę wam korzystać z okazji!

— Ja chętnie z wami pojadę — powiedziałem do Dąbskiego.

— No to zabieramy się jutro na razie do Candido z Dąbskim, tu nie ma się co namyślać — wtrącił Grzeszczeszyn.