— Słuchaj cholero, co ci mówię! Chłopcy tu zjadą, to im się sprzeda... na handel, rozumiesz!
Znów zaczęli wrzeszczeć, przemawiać się... Wybiegłem na podwórze. Tu usiadłem na jakimś pniaku i paląc, rozmyślałem o tym wszystkim, aż w końcu porwał mnie gniew i polazłem znów między drzewa. Marne jest to moje życie tutejsze, myślałem, ale biorę szkołę, nie ma co gadać. Myślałem jeszcze gorzej, w myśli tłukły mi się paskudne wyrazy, parę nawet powiedziałem na głos, ale wreszcie się uspokoiłem i wróciłem na schodki, tam usiadłem i zadałem sobie straszne pytanie: co ja tu będę robił i jak długo potrwa mój pobyt tutaj? I zrobiło się ciężko na duszy. Pomyślałem, czy by nie pójść na miasto, ale odłożyłem to do jutra, bo mi się butów nie chciało wciągać i koszuli także.
Przypędziły jednak świnię, związały jej tylne nogi i pomyślałem: czy potraktować to jako rozrywkę, czy też uciec od widoku, jak będą zarzynali. Ale zezwierzęcenie nabyte w tej podróży wzięło górę i postanowiłem być świadkiem tej śmierci. Przewrócono biednego świńskiego eunucha na bok (kwiczał przenikliwie, aż do bólu w krzyżu) i Dąbska przyklękła na nim, ale zaraz wstała i kląkł Dąbski — lewą ręką przyciskając uszy do ziemi, w prawej ręce trzymał nóż. Dąbska oparła się rękami o tylne nogi świni, która — szara, zaokrąglona, kwicząca nieziemsko, drżąca tłusto — łypała rozszerzonym, błyszczącym oczkiem. Teraz podbiegła Julka z miską gorącej wody i starannie, rzekłbym — pieszczotliwie, obmyła podgardle tą wodą. Dąbski z całej siły wbił nóż w to obmyte miejsce (na chwilę przymknąłem oczy) i wbity nóż przekręcił kilka razy. Świnia charknęła głucho i jakby z ulgą. Dąbski wyciągnął nóż i Julka podstawiła miskę pod dziurę ze spływającą powoli, ciemną krwią. Oko zaszło mgłą, charkania przycichły. Teraz Dąbski wstał. Zwierzę konało szybko i jakby chudło w oczach. Podszedł kundel, powąchał i nastroszył się, po czym warknął i odskoczył w bok. Dąbska pociągnęła za tylne nogi trupa w stronę kuchni. Rzecz była skończona. Wówczas Dąbski spojrzał na mnie i powiedział takie zdanie po portugalsku, które w tłumaczeniu na polski brzmi: „Świnia zdechła śmiercią przemocy!” Po czym poszedł w stronę dachu na słupach, pod którym stał długi żłób. Zza węgła domu wychynął Grzeszczeszyn rozglądając się z lękiem.
— Czy już po wszystkim? — spytał mnie dziwnym głosem.
— A, co, nie widział pan tego?
— O, panie... trzeba nie mieć serca, żeby móc patrzeć na coś podobnego — powiedział znacząco.
— Ma pan rację, ale byłem tak bardzo ciekaw — odpowiedziałem słabo i pokornie.
— To daje dużo do myślenia — powiedział jeszcze i odszedł między drzewa ze spuszczoną głową.
Tymczasem na powietrzu, pod ścianą odprawiano sekcję świni. Między płatami mięsa łyskały połcie tłuszczu. Panowało ożywienie, cała rodzina krzątała się tam. Pachniało surowym mięsem. Poszedłem do komory i ległem na wyrku. Tutaj było cicho przynajmniej, w tym moim kąciku. Leżałem paląc i rozmyślałem o sprawach powszednich. Na podwórku ktoś wrzasnął po dziecięcemu i zapłakał, wszczął się ruch. Wyjrzałem. Bur, siwy, ten na którym jechał Grzeszczeszyn, kopnął tylnymi kopytami Walusia, ale nie nazbyt mocno, bo Waluś trzymał się na nogach i darł się boleśnie, ale zdrowym krzykiem, przy czym goły tyłek trząsł mu się zabawnie. Wróciłem na wyrko. Kobiecy głos z kuchni:
— Masz draniu swój handel! Masz konie, co mi dziecko skrzywdziły! Ty ścierwo, byku, bizunie jeden!