Leroy Beaulieu dla Francji i Grotjahn dla Niemiec uznają, że obywatelskim obowiązkiem każdego małżeństwa jest dać krajowi przynajmniej troje potomków.

Liczba urodzeń jest i będzie regulowana świadomie, a ograniczenie ich stanowi niewątpliwy dowód poczucia odpowiedzialności za wychowanie i los potomków. Poza tym ograniczanie liczby urodzeń dowodzi, że grają tu rolę względy indywidualne. Skoro kobieta staje się indywidualnością, względy te występują z obu stron. Nie można za to winić kobiety i żądać stałego zapomnienia o celach osobistych. Wszak jednocześnie społeczeństwo nałożyło na nią obowiązek udziału w pracy wytwórczej i zarobkowej, małżeństwo dodaje obowiązek gospodyni domu; czyż częste macierzyństwo jest w tych warunkach możebne?

Niewątpliwie ciężary macierzyństwa przy licznej rodzinie odczuwała kobieta i dawniej. Wszak nie tylko w dobie kapitalizmu pracowała na roli. W rzemiośle średniowicznem niektóre cechy liczą znaczny zastęp kobiet, które prowadziły warsztaty jako wdowy, a nawet były czeladnikami. Dziś jednak indywidualność jej okrzepła, wola się skrystalizowała, chce być nie tylko narzędziem rozrodczym i maszyną do pracy, odczuwa swe prawa do indywidualnego bytu.

Im więcej rozwiniętą umysłowo i wyższą moralnie będzie kobieta, tym silniej odczuje odpowiedzialność za człowieka, którego jest matką. Mierzy zatem swą możność, chce urodzić dziecko zdrowe i zdolne do życia, wychować je i tylko w miarę tej możności zjawia się istotne rozumne pragnienie dziecka.

Niewątpliwie taki stan rzeczy odbija się także i na woli ojca. Oboje pragną przynieść na świat tylko tyle dzieci, ile mogą wychować i wykształcić przynajmniej na poziomie nie niższym od własnego. Przy demokratyzacji społeczeństwa, wobec dostępu do wszelkich szkół i stanowisk chłop i robotnik marzy dla syna lub córki o wyższej pozycji socjalnej. Nasze szkoły średnie przepełnione są dziećmi klasy pracującej fizycznie. Klasy te nie mogą zatem obojętnie oczekiwać dowolnej liczby dzieci, ale dążyć muszą do świadomego regulowania potomstwa.

Dodać jeszcze należy przeżycia matek podczas ostatniej wojny. Cierpienia ich, obawy, łzy nad mogiłami, widok kalek, pozbawionych zdolności do pracy, niewątpliwie osłabiły chęć rozradzania.

Jeżeli zatem tendencję do obniżania liczby urodzeń uważać można było przed okresem wielkiej wojny za zjawisko powszechne, za najwyraźniejszy znak czasu, to przeżycia ostatnich lat 9 ustaliły ją niewątpliwie. Obniżka gwałtowna urodzeń w okresie wojennym nie zamieniła się w silniejszą rozrodczość. Stopa urodzeń po wojnie jest niższa.

Wchodzimy w okres świadomego przyrostu ludności, uniezależnienia się tegoż od liczby małżeństw, trzeba się z tym pogodzić i liczyć.

Czy jest to klęska, czy tylko nowa faza rozwoju wzwyż? Trudno do zjawisk żywiołowych, za jakie uważać musimy wzrost i przeobrażanie się stosunków ludności, przykładać miary postępu, pojęcia nieustalonego i zmiennego. Jak się wyrazi postęp, zależeć będzie od tego, czy przystosujemy się do dziejowej ewolucji.

Za miarę postępu uważany był dotąd przyrost ludności, jako wyraz dobrobytu, podstawa siły zbrojnej, produkcyjnej i podatkowej.