Mówi głosem przyciszonym mnóstwo słów szybkich, drobnych, sypiących się łatwo i smutno. Wspomnień o córce jest dużo. Była dobra, była ładna, była zdolna. Uczyła dzieci, należała do organizacji. Syn także. Bały się zawsze, gdy wracał późno do domu, długo po godzinie policyjnej. Rzucał piaskiem o szybę; spuszczały mu sznur i tak wchodził przez okno, żeby się dozorca nie dowiedział. Drżała ze strachu, że ktoś wreszcie musi to zobaczyć, że to się wyda.
Jego też wzięli, ale nie razem z nimi. Jego wzięli z powstania. Ostatnią kartę5 napisał w styczniu do rodziny. O matce i siostrze wiedział, że już dawno są w Niemczech.
-– Przed obozem byłyśmy dwa miesiące na Pawiaku6. Co tam wyprawiali, jakie robili zbrodnie na ludziach! Zastrzyki, ściąganie krwi dla żołnierzy... I dopiero wieszali albo brali na rozstrzał7. Nigdy nie wzięli zdrowego człowieka na rozstrzał, tylko z nim przedtem wszystko zrobili.
Jest widoczne, że wiele przemilcza.
— Wiem, bo u nas w kuchni gotowali mężczyźni, to nam opowiadali. Mówili też o tych szczurach... Więźniowie sami musieli rano wynosić trupy z pakamery8. Miały ręce i nogi związane, wyjedzone wnętrzności. Niektórym jeszcze biło serce.
Znów pomyślała o czymś, czego nie mogła powiedzieć. Nieznaczna zmarszczka rysowała się na jej gładkim czole — od tego wewnętrznego widzenia.
— Mnie tak nie męczyli, tyle tylko, że mnie bardzo bili — rzekła wreszcie.
I znów posypały się jej przyciszone, szybkie, drobne słowa.
— Strasznie mnie bili, żebym powiedziała, kto przychodził, co tam u mnie robili, kiedy niby to była lekcja tańca i moja córka grała na fortepianie. Bili mnie gumową pałką... Jak zasłoniłam twarz rękami, to mi tą pałką wybili palce. O tu, jeszcze widać. Jak co robię, to mię tu jeszcze boli.
Pokazywała ręce z guzami, pulchne, nieduże ręce, zniszczone twardą pracą.