Nowi ludzie przystawali, wracający z roboty. Dawniejsi objaśniali tych nowych, co się stało. Mówili tak, jakby nie słyszała ich wcale, jakby jej już nie było.
— To jej mąż tam leży zabity — mówił kobiecy głos.
— Uciekli z pociągu w ten lasek, ale strzelali za nimi z karabinu. Zabili jej męża, a ona tu sama została. W kolano ją trafiło, nie mogła dalej uciekać...
— Żeby to z lasu, toby ją było łatwiej gdzie wziąć. Ale tak, na ludzkich oczach, nie ma sposobu.
To mówiła stara kobieta, która przyszła po swoją blaszaną kwartę70. W milczeniu popatrzyła na mleko rozlane w trawie.
Tak więc nikt nie zapragnął zabrać jej stąd przed nocą ani wezwać doktora, ani dowieźć do stacji, skąd mogłaby pojechać do szpitala. Nic takiego nie było przewidziane. Szło już tylko o to, aby tak lub inaczej umarła.
Gdy otworzyła oczy o zmierzchu, nie było przy niej nikogo, prócz dwóch policjantów, którzy wrócili, i tego jednego, który już teraz nie odchodził wcale. Znowu powiedziała, by ją zastrzelili, ale bez wiary, że to zrobią. Obie ręce położyła na oczach, żeby już nic nie widzieć.
Policjanci jeszcze wahali się, co mają robić. Jeden namawiał drugiego. Tamten odrzekł:
— To ty sam.
Ale usłyszała głos tego młodego: