Choć spóźniona już godzina,

nikt nie zasiadł do wieczerzy;

płacze matka u komina,

krając chleba bochen świeży.

Jeśli jeszcze i noc zleci

i nie wrócą się do domu

jej najmilsze, słodkie dzieci?

komu chleb ten odda? komu?

Bochen wypadł z drżącej dłoni,

twarz ukrywszy w brzeg fartucha,