Obecnie cienki, piskliwy świergot ptaszków, odzywający się z wierzchołka drzewa, zwrócił jego uwagę. Podążył w kierunku słyszanych głosów i wkrótce znalazł się przed ślicznym okrągłym gniazdeczkiem, zawieszonym między dwiema blisko siebie rosnącymi gałęziami. Siedmioro malutkich szarych łepków, odznaczających się wielką ruchliwością, wyglądało z gniazdka, jakby oczekując czegoś niecierpliwie, a tuż obok na gałązce matka tego drobiazgu zajęta była wygarnianiem spod kory robaczków, bacząc przy tym pilnie na każdy ruch dzieci i za każdym niemal szelestem oglądając się i nasłuchując.
„Ciekawy jestem, czy te ptaszki mają jeszcze ojca, czy też pani wróblowa jest wdową” — myślał Gucio, przypatrując się z zajęciem całej rodzinie.
W tejże chwili przyleciał skądciś stary wróbel, a w gniazdku powstał na jego widok ogromny ruch i gwar i jednocześnie wszystkie siedem dziobków otworzyło się szeroko. Przyniósł on widać w gardziołku niemały zapas ziarna uzbieranego, bo wszystkich nakarmił, po czym zajął się także wyszukiwaniem robaczków w spękaniach kory i oboje z żoną znosili je dzieciom, dopóki się nie nasyciły.
Gucio ciekawy, co też za istoty mogły żyć w tak ciasnych mieszkaniach jak szpary w korze, przysunął się trochę i usłyszał, jak pani wróblowa powiedziała do swego towarzysza:
— Patrz no, mężu, czy widzisz tę małą błękitnawą muszkę z gatunku mięśniaczków, co się wlecze jak kaleka? To jakieś niedołężne stworzenie, schwytajmy ją!
„Czyżby o mnie mówili?” — rzekł do siebie Gucio z pewną niespokojnością i dziwiąc się, że świergot ptaków był dla niego równie zrozumiały jak mruczenie kreta.
Wróbel popatrzył na niego uważnie i odrzekł:
— To nie jest mucha zwyczajna, tylko człowiek pokutujący. Czy nie widzisz, że ma czerwoną czapeczkę na głowie?
— Ach, prawda! Niechże sobie żyje. Musi to być wielkie ladaco, kiedy wróżka przemieniła go w tak małego owada.
Gucio mocno dotknięty tym szorstkim, ale niestety trafnym określeniem swej moralnej wartości, szepnął z gniewem: