Wyciągnęła rękę i dotknęła laseczką głowy pszczółki. W tejże chwili zniknął mały skrzydlaty owad, a na jego miejscu Gucio ujrzał śliczną ośmioletnią dziewczynkę, w różowej muślinowej sukience. Jej biała, delikatna twarzyczka otoczona była ciemnymi lokami, a oczy błyszczały radością. Chciała dziękować wróżce, ale już jej nie było. Nagle krzyknęła z radości. O kilka kroków przed nią, na drodze, stał piękny otwarty powóz, a zaprzężone do niego siwe konie rwały niecierpliwie piasek kopytami. W głębi powozu siedziała kobieta średnich lat i wyciągała do niej ręce z czułością. Była to księżna. Joasia zapomniała o wróżce, o czarach, o Guciu, o wszystkim; pobiegła co prędzej i wskoczyła do powozu. Stangret palnął z bata, koniki ruszyły z miejsca i po chwili z całego widowiska został tylko tuman kurzawy.
Gdy wszystko zniknęło, Guciowi serce ścisnęło się boleśnie.
— Ach, wróżko! Dobra wróżko! — wołał rozpaczliwie — wróć się, wróć i zdejm ze mnie czary, tak jak je zdjęłaś z Joasi! I ja też nauczyłem się czegoś i przysięgam, że się poprawię zaraz, natychmiast, nie odkładając już do pierwszego. Ja tak dawno nie widziałem mateczki, ojca, Helusi.... tyle wycierpiałem! O! litości, litości!
Czarna wysoka postać w płaszczu mieniącym się iskrami, jakby zmiękczona namiętnymi prośbami chłopca stanęła znowu przed nim.
— Twój czas nie nadszedł jeszcze — wyrzekła uroczyście i zniknęła, a z nią razem ostatnia nadzieja biednego pokutnika.
Łzy popłynęły mu z oczu. Długo tak stał pogrążony w boleści, nie wiedząc, w którą zwrócić się stronę; bo czy uda się w prawo, czy w lewo, wszystko jedno, zawsze będzie jednakowo nieszczęśliwy.
— Joasia jednak miała więcej męstwa ode mnie — rzekł do siebie po chwili — bo ona umiała się godzić ze swoim losem. Miałżebym58 ja być słabszym od baby? Nie, za nic w świecie!
Obtarł oczy kosmatymi łapkami, do których się już o tyle przyzwyczaił, że nie budziły w nim takiego wstrętu jak z początku, i tłumiąc łzy, podniósł oczy w niebo, jakby je brał na świadka, że pragnie być prawdziwym mężczyzną.
W lesie było gwarno i wesoło, ptaszki wyśpiewywały na wszystkie tony. Sikorki wieszały się na cieniutkich gałązkach brzeziny i huśtały, jaskółki goniły w powietrzu owady. Dzięcioł przelatywał z drzewa na drzewo i opukiwał je jak doktor badający chorego, a których dźwięk wydawał mu się podejrzany, zaraz w jego wnętrzu szukał poczwarek będących ulubionym jego przysmakiem. Wszystko było jakąś robotą zajęte i snadź nie przykrzyło jej sobie, bo krzątało się żwawo i śpiewało przy tym radośnie. Gucio, któremu odgłos tego wesela był przykry, bo nie mógł go podzielać, przeleciał ponad lasem i ujrzał przed sobą pole, drogę wysadzoną wierzbami, cmentarz rozłożony na wzgórzu, wieżę kościółka, dwór i gromadę chat wieśniaczych rozrzuconych malowniczo w dolinie. Widok ten dobrze mu był znany; znał każdą chatę i wiedział, do kogo należy, a tą drogą wierzbami wysadzoną jeździł często na spacer na swoim siwo-jabłkowitym koniku.
Wieśniak jakiś orał właśnie pole pod ozime zasiewy; dwa piękne czerwone woły ciągnęły pług krający ziemię w równiuteńkie pasy i odkładający na bok skibę za skibą. Wieśniak pośpiewywał sobie i idąc obok pługa, raz po raz klepał woły przyjaźnie po karku. W ślad za pługiem postępowała gromada ptactwa. Najprzód na wysokich czerwonych nogach poważnie kroczył bocian i swoim ostrym, długim dziobem wyławiał z ziemi gąsienice chrabąszczów, które świeżo odrzucona skiba na wierzch wyrzucała, a które przez trzy lata w tej postaci pozostając w ziemi, podgryzały korzenie roślin. Za bocianem wrony, kawki, gawrony, skowronki, pliszki całymi stadami dreptały i skakały po parującej wilgocią roli, wyławiając także gąsienice i robaki.