— A więc i ja nie powinnam jeść — rzekła Helenka z pozornym spokojem, choć wszystko się w niej burzyło. — Przepraszam panią bardzo za moje spóźnienie się, ale nie uczyniłam tego rozmyślnie. Zegarek mi stanął i nie wiedziałam, która godzina.

Skłoniła się, zwróciła ku drzwiom, a choć pani domu usiłowała ją koniecznie nakłonić, żeby wprzód zjadła śniadanie, podziękowała, mówiąc, że chce dać dowód szacunku dla zasady.

— Ta dziewczyna umrze z głodu — rzekła do siebie pani Radliczowa po jej wyjściu — już trzeci dzień nic nie je. A z jaką to ona powiedziała godnością, z jakim chłodem! Księżniczka!...

Sam ten wyraz „rygor” napełniał wstrętem Helenkę, a myśl, że będzie zmuszona odgrywać rolę kółka w machinie, burzyła w niej wszystką krew. Kto wie, czy jakie chęci buntownicze nie byłyby jej przyszły do głowy, gdyby nie odgłos zegara bijącego poważnie godzinę dziesiątą. Porachowała uderzenia i zdziwiła się, że już tak późno. Stanąwszy przed drzwiami kantoru, które pokazała jej wczoraj Anna, przycisnęła ręką serce, poruszające się w piersiach żywiej na myśl, że spotka się po raz pierwszy z czymś, czego jeszcze nigdy nie znała, a z czym miała odtąd żyć ciągle — z pracą. Ciekawość, niepokój, obawa przepełniały jej duszę, a wczorajsze słowa Andrzeja, przychodzące jej w tej chwili na myśl, nie przyczyniły się wcale do złagodzenia tych uczuć. Przeżegnała się i nacisnęła klamkę. Znalazła się w obszernym pokoju, zawieszonym od góry do dołu kolorowymi rycinami, przedstawiającymi w naturalnej wielkości kwiaty, owoce, warzywa, pomiędzy którymi na honorowym miejscu wisiały dyplomy nagród i medali otrzymanych za nasiona na rozmaitych wystawach. Dwie wielkie szafy pełne były książek, a na samym środku stał duży stół założony książkami rachunkowymi, papierami i próbkami nasion w słoikach i kapsułkach. Przy tym stole siedział przedstawiciel firmy i pisał coś na dużym blankiecie, zaglądając co chwila do książki notatkowej. Na odgłos, otwarciem drzwi sprawiony, nie podniósł wcale głowy, Helenka zbliżyła się do niego i, podając mu rękę, przemówiła głosem, w którym się przebijała cała do niego ufność:

— Dzień dobry panu. Przyszłam na swoje stanowisko.

Pan Radlicz nie przerywał pisania.

— Za późno trochę — odezwał się nareszcie, nie odpowiadając wprost na powitanie. — Prosiłem panią, żebyś się stawiła o ósmej, a teraz jest dziesiąta... Mówiłem, że mamy pilną robotę, pani jednak nie przyszłaś. Zdawało mi się, że mogę na panią liczyć i omyliłem się. Przykro mi to bardzo.

Wyciągnięta rączka opadła.

— Nie moja w tym wina — rzekła z pomieszaniem — zegarek mi stanął.

— Nic pani nie tłumaczy — wyrzekł surowo — poczucie obowiązku powinno było panią obudzić. Miałaś pani wczoraj dosyć czasu do wyspania się i wypoczęcia po podróży; dzisiaj należało się pilnować.