XI
Trzeci to już raz kładła się na spoczynek pod obcym dachem, a żaden dzień nie był dla niej tak ciężkim, jak ten trzeci właśnie. Sen też nie zaraz skleił jej powieki, bo dzieje dnia całego, począwszy od fatalnego spóźnienia się na śniadanie, stanęły przed nią z całą wyrazistą dokładnością i wyraziły raz jeszcze scenę bolesnego upokorzenia w kantorze, gdzie musiała usłyszeć, że jej zarzucano brak poczucia obowiązku.
Toteż gdy naprawdę zasnęła, poczucie obowiązku budziło ją co chwiła. Zrywała się, siadała na łóżku, zapalała świecę, ale czas wlókł się powoli i noc ciągle jeszcze trwała — a Helence zdawało się, że ta noc nigdy się nie skończy. W krótkich odstępach między jednym przebudzeniem a drugim podniecona wyobraźnia przesuwała przed jej oczyma różne obrazy z nadzwyczajną szybkością: rodzice, miasteczko, bal u stryja, Stefan, konik ulubiony, pies przyjaciel, różowy pokoik, wszystkie osoby rodziny Radliczów, nawet ryciny wiszące w kantorze z łacińskimi pod nimi podpisami — a mnogość tych obrazów sprawiała, że noc po każdym przebudzeniu stawała się jeszcze dłuższą. Nareszcie wydało jej się, że tuż przy sobie słyszy surowy głos swego pryncypała: „Nic pani nie tłumaczy, poczucie obowiązku powinno było panią obudzić” — a ogórek Noa himalajski, kapusta Graczewa, burak Victoria, olbrzymi pomidor Garfield, dynia Kantalupa paryska zaczęły się ruszać w swoich ramach i wołały: „Obudź się, obudź!”
Zerwała się po raz już nie wiadomo który, przetarła oczy i spojrzała w okno. W oknie było ciemno, ale ranki zimowe zawsze ciemne bywają. Zapaliła świecę i zobaczyła, że zegarek wskazywał godzinę piątą.
„Dziwna rzecz — pomyślała kręcąc głową — niedawno patrzyłam na niego i także pokazywał piątą. Pewnie znów stanął, bo niepodobna, żeby wskazówki posuwały się tak leniwie”.
Przyłożyła go do ucha, ale nic nie słyszała prócz uderzeń własnych pulsów w skroniach.
„Stanął — rzekła do siebie — to widoczne. Musi już być siódma”...
Położyła go na powrót i, z obawy spóźnienia się znowu na śniadanie, zaczęła się spiesznie ubierać. Kwadrans czasu wystarczył na dopełnienie tej czynności, która wczoraj jeszcze zabrała jej półtorej godziny.
Gdy schodziła ze świecą na dół, dziwiła się, że wszędzie było ciemno — tylko latarnia, wisząca w bramie, rzucała słaby odblask światła na klatkę schodową. W całym domu była taka cisza, jakby wszyscy jeszcze spali, ale to nie dziwiło Helenki. Od pierwszego dnia zauważyła, że chociaż służby tu było niewiele, wszystko odbywało się składnie i bez tej hałaśliwej krętaniny, jaka w domu jej rodziców cechowała każdą czynność służących.
W sali jadalnej nie zastała jeszcze nikogo, a i na stole nie było widać przygotowań do śniadania, nawet lampy jeszcze nie zapalono. Stanęła słuchając przez chwilę, czy kto nie nadchodzi, ale żadnego ruchu słychać nie było — zegar tylko szedł jednostajnym miarowym krokiem i przywiódł jej znowu na myśl słowa pana Radlicza: „Upłynione godziny nie powracają nigdy, pamiętaj pani o tym”. Podeszła ku niemu i podniosła świecę w górę. Wskazówki pokazywały kwadrans na szóstą — a więc jej własny zegar szedł dobrze. Jak się to jednak stało, że czas dziś upływał tak wolno? Przez chwilę myślała wrócić do siebie i położyć się na powrót, ale obawa, że położywszy się może zasnąć mocno i nie obudzić się na czas, skłoniła ją do pozostania raczej. Usiadła na jednym z krzeseł, stojących przy stole, wsparła głowę na ręku i ani się spostrzegła, jak zasnęła.