— Jeśli będzie figa — odparł porywczo — to ją sobie zjesz, a już skarby, proszę cię, odstąp mnie na wszelki wypadek.
— Naturalnie, ci się kłócą w takiej ważnej chwili — rzekła pogardliwie Renia — zupełnie nie umiecie zastosować się do okoliczności.
Chłopcy opamiętali się natychmiast i — aby uniknąć nowej kłótni, która wobec podniecenia umysłów i naprężenia nerwów wisiała na włosku — zabrali się do kopania.
Po wczorajszej ulewie kopać było ciężko, ziemia wilgotna, czarna, lśniąca, miękko opadała, odrzucana na trawniki.
Pierwszy Sławian zadzwonił łopatą o coś twardego i wykrzyknął triumfalnie: „Szoś tu je27!”.
Wszyscy skoczyli ku temu miejscu, ale kiedy oczom ukazał się spory, płaski kamień, zniechęcenie ogarnęło umysły.
— Mój drogi — rzekł wuj Ryszard do ojca — widzę już, że nic z tego nie będzie.
— Oo musi być! — rzekł twardo ojciec. — Będziemy kopać jeszcze głębiej, rozkopiemy obydwie aleje, ale musi się znaleźć!
I kopano dalej, ale już bez wielkiej wiary w powodzenie sprawy. Po upływie dwudziestu może minut, które nieskończenie się wlekły, tenże sam Sławian znowu napotkał opór pod łopatą, tym razem jednak nie spieszył się z ogłoszeniem tego wszem wobec i uskutecznił to dopiero, gdy oczom jego ukazało się czarne, zardzewiałe i opleśniałe wieko żelaznej skrzynki.
Wtedy rzekł z głęboką dumą: