— Jakże to już późno — wykrzyknęła ciocia Halszka — a trzeba jeszcze wydać tyle rozporządzeń przed wyjazdem. Réne, mon enfant9, jedziemy już.
Ciocia Hala wstała, nastąpiły pożegnania, podjechał powóz i za chwilę już tylko tuman kurzu migał za bramą.
W domu zawrzało jak w ulu. Ojciec wyszedł na tok wydać rozporządzenia na czas swej nieobecności. Matka zabrała się do uregulowania wszystkiego w domu. W garderobie pakowano rzeczy. Przyszła klucznica, ogrodnik po rozkazy. Wszyscy biegali, krzątali się, jak gdyby miano ruszać do Ameryki. Dzieci tułały się po domu niespokojnie, wytrącone z równowagi.
W korytarzu, między pokojem Ani a garderobą Nik napotkał nianię, która niosła cały stos sukienek białych i kolorowych.
— Cóż to i niania gdzieś się wybiera? — zapytał ironicznie.
— A jakby Nik zgadł! — rzekła niania.
— E... — powątpiewająco mruknął Nik.
— Nie „eee”, tylko tak! Jaśniepaństwo zabierają Anię, to i mnie naturalnie.
— Albo to Ania jedzie z rodzicami? — zdziwił się Nik.
— A właśnie! — odparła z godnością niania — Czemu by nie miała jechać, czy to jej mus tu zostawać, czy co? Pojedziemy i kwita.