— Tak — potwierdził Olek — dobrze się stało.
Dojechawszy do góry, na której wznosiły się ruiny, dzieci wysiadły z wózka i postanowiły zostawić go na dole, ponieważ dostać się nim poza obręb murów było niepodobna z powodu nawalonych głazów i fosy, przez którą nie było mostu. Olek wyprzągł więc Almanzora i z pomocą Nika uwiązał go przy drzewie, upewniając trochę zaniepokojoną Martę, że znakomicie potrafi zaprząc go na nowo. Potem dzieci zabrały koszyk i ruszyły do zamku. Wdrapano się po nierównej już, szerokiej drodze i z pewnym skupieniem wkroczono przez dawną, ogromną bramę pod wieżą.
— Bardzo, bardzo dawno był tu most zwodzony — objaśnił Olek przyciszonym głosem. Wydało się to dzieciom bardzo naturalne, że Olek mówi cicho, choć żadne nie zdało sobie sprawy z tego, że te ruiny robią na nich wrażenie kościoła.
Przystanęli chwilkę i patrzyli, milcząc, na smutne wyłomy i kupy kamienia, oraz na potężne sklepienie wieżowej bramy. Po czym ruszono dalej.
— Och Olku, patrz! To muszą być ślady kul — szepnął z zachwytem, zawsze rycersko nastrojony Nik. — Patrzcie, to muszą być na pewno ślady kul tatarskich! Jakże bym chciał żyć w tamtych czasach!
— Kul... tatarskich! Co ten plecie? — rzekł trzeźwy i krytyczny Tom.
Dzieci poszły dalej, nie rozstrzygnąwszy tej kwestii. W jakimś miejscu, w sali półokrągłej, o zwalonym sklepieniu, gdzie chmiel dziki i powój zwieszał się z każdego otworu w ścianach, wyrósł pośrodku młody dębczak. Dzieci długo patrzyły ze wzruszeniem i urazą na to młode, silne drzewo, które wybrało sobie miejsce między zwaliskami dawnej świetności i panoszyło się triumfalnie wśród gruzów minionej potęgi. Nikt nie wiedział, dlaczego wszystkim jest trochę smutno, a trochę przyjemnie, ale wszyscy poczuli się sobie bardzo bliskimi, niby wspólnicy jednej sprawy. Nik rzekł z cicha.
— Mnie się zdaje, że to dlatego, że to zawsze było nasze, że broniliśmy tego z całych sił i że tu kładliśmy nasze życie i że to jest oblane naszą krwią.
Wszyscy skinęli, milcząc, głowami głęboko zadowoleni, że Nik, choć nieudolnie, powiedział to właśnie, co było trzeba. Wszyscy też zrozumieli, że to nie Nik, ani Olek bronili z całych sił i kładli życie, ale to wszystko jedno, bo dziad czy pradziad to tak samo jakby Nik albo Olek, a nawet i Tom.
W skupieniu dzieci przechodziły z sali do sali, a raczej ze zwalisk na zwaliska; sufitów i podłóg nigdzie prawie nie było, a i ściany wewnętrzne tylko gdzieniegdzie pozostały. Wielkie lochy też się widać miejscami zwaliły, bo często trafiano na doły, a nawet w jednym miejscu widać było ciemne wnętrze, głębokie jak studnia, tajemnicze a straszne, jak otwarta paszcza potwora.