Tymczasem w Niżpolu Gabriel z Janem zaniepokojeni samotnym powrotem Almanzora zwołali parobków i zaczęli szukać dzieci w lesie. Około północy zobaczyli w ruinach światełko, poszli tam i znaleźli naszą gromadkę, na wpół uśpioną, dokoła żarzącego się jeszcze ogniska. Rozespane i zmęczone dzieci umieszczono na bryczce i zawieziono do domu, gdzie cała służba żeńska, z panną Dziudzią i klucznicą na czele, lamentowała wniebogłosy.
Na odgłos zajeżdżającej bryczki wyleciały wszystkie do podjazdu i zaczęło się urwanie głowy. Panna Dziudzia, potrząsając pięściami, twierdziła skrzeczącym głosem, że nie widziała nigdy równie nieznośnych bębnów, klucznica płakała z radości, służące uśmiechały się złośliwie na myśl, co posłyszy od państwa panna Dziudzia, skoro tylko wrócą, a dowiedzą się o wszystkim, zaś dziewczęta folwarczne biegały od Toma do Nika, od Nika do Marty, by stwierdzić własnoocznie, że są to „skarbowe” dzieci we własnych osobach, całe i nieuszkodzone. Pierwsza oprzytomniała klucznica i energicznie zabrała się do wprowadzenia spokoju i równowagi.
— No, dosyć tych wydziwiań! — krzyknęła na dziewczęta. — Marsz spać. Idźcie sobie wszyscy, cóż to, dzień biały czy co? A jutro do roboty kto wstanie? Chodźcie robaczki, biedne wy moje „siroty” — zwróciła się do dzieci. — A panna Dziudzia, zamiast kląć i narzekać, lepiej by toto kładła spać! Na gderanie jeszcze znajdzie się czas. Tomuś, serdeczne moje kochanie, toż to ledwo na nóżkach stoi! — i wziąwszy Toma na ręce, zaniosła go do pokoju i nie wróciła do oficyn, aż wszystkie dzieci ułożone zasypiały smacznie.
Smutnie zeszedł następny dzień. Dzieci chodziły niespokojne i zmęczone, żadna zabawa nie szła, przy tym panna Dziudzia od rana kładła im w uszy, że cała sprawa nie ujdzie na sucho, że zaraz napisze o wszystkim do rodziców, że spotka ich straszna kara. Dzieci znosiły to cierpliwie w poczuciu winy. Jeden Nik się zbuntował:
— Ma być kara, to będzie — krzyknął zuchwale — nie ma o czym tyle gadać! — i puścił się z kopyta do parku.
Marta cicho i spokojnie odbyła jak zwykle swoje obowiązki, ale czuła się niedobrze, głowa ją bolała i była smutna. Na pociechę poprosiła o pozwolenie pójścia do królików i ruszyła na folwark. Przed oborą spotkała klucznicę i poszły razem.
— Ach Boże! Jakiż dzisiaj przykry dzień! — poskarżyła się żałośnie Marta. — Panna Dziudzia gderze i gderze, chłopcy się kłócą bez ustanku, a mnie głowa boli!
— To czemuż Marta chodzi z gołą głową po takim słońcu? Że też ta szwaczka to o niczym nie pomyśli, nawet żeby dać dziecku kapelusz na głowę!
— Mogłabym sama wziąć — rzekła Marta — ale co tam słońce. Gorzej, że papuś i mama będą z nas niezadowoleni. O, proszę patrzeć! Sułtanka uciekła z klatki i gonią ją, jeszcze sobie co zrobi, a papa tak kazał jej doglądać!
— Nic sobie nie zrobi, mało to razy uciekała? Marta to wszystkim się zaraz kłopocze, zupełnie jak nasza pani.