Znalazłszy się jednak za drzwiami, uśmiechnął się sam do siebie, splunął i rzekł:
— Na pozór niewart garści kłaków!
Ulryk po odejściu gościa wykrzywił również pogardliwym uśmiechem swe szerokie oblicze, rzucił płaszcz stojącym za jego plecami pachołkom, a idąc ku drzwiom leniwym krokiem, myślał:
„Śmierdziel, gołowąs... Chociaż z książąt panujących, diabli wiedzą, co z niego za pożytek i co pod tą układną postacią kryje...”
Zastanowił się chwilę i miast wyjść z komnaty, zawrócił ode drzwi i szedł na powrót wolnym, ociężałym krokiem, jakby się nad czymś namyślał.
Mówił też w sobie:
„Myślał, że zaraz zaczniemy psalmy śpiewać. Cóż on sobie myśli, ten chłystek, że jesteśmy pustelnikami lub klechami, odprawiającymi wieczne praktyki? Ale mniejsza o niego. Jeżeli zrzecze się swego dziedzictwa, przybędzie nam duży szmat ziemi nad morzem, otworzy drogę na zachód i da nową podstawę potędze naszego zakonu” — zakończył.
I szybkim już krokiem opuścił komnatę.
W sieni znów się zatrzymał nasłuchując, czy go jakie słówko nie dojdzie z biesiadnej komnaty. Lecz dochodziły go tylko pijane, chrapliwe, zmieszane w jeden wielki gwar okrzyki.
— Piją, niech piją! Wkrótce żłopać będą krew polską! Weźmiemy obszerne ziemie i zdepczemy tego dumnego polsko-litewskiego króla, a całe to podłe plemię u stóp swoich ujrzymy!