„Te ziemie, leżące na południe od ziem naszych, rozciągające się po obu brzegach Wisły aż do jej źródła, z prawa nam się należą — myślał Jungingen. — Nie rozumiem nawet, czemu poprzednicy moi pozwolili wrogim nam plemionom lackim na tych ziemiach się rozpanoszyć. Czemu bawili się w jakieś układy — myślał dalej z oburzeniem. — Było to niedołęstwo Zakonu. Tak, niedołęstwo. Do mnie należy ten wielki błąd ich naprawić — zakończył z silnym postanowieniem, uderzając nogą w posadzkę, według swego zwyczaju. — Po zawojowaniu ziem polskich z Litwą łatwo się uporamy. Gdyby nie Jagiełło, ten polsko-litewski władca, ta kukła w rękach swych doradców, dawno bym się z Witoldem uporał i Litwę miał pod swoimi stopami — myślał znów po chwili. — Szczęście samo nam w ręce wchodzi — mówił dalej sam w sobie. — Kraje nadmorskie z Fryzlandią otwierają nam handel, a z nim panowanie nad zachodem. Prawda, między naszymi posiadłościami nad Wisłą a Niderlandami jest jeszcze szmat ziemi, ale i temu się poradzi... Pomorze, Świecie — nasze. Ludy, dzielące nas od Niderlandów, same z siebie muszą potędze naszej ustąpić”.
— I to wszystko Zakon mnie zawdzięczać będzie, mnie, Ulrykowi von Jungingenowi! — mówił, wskazując dłonią na piersi, podnosząc głowę i prostując swą rozrosłą postać. — Imię Ulryka von Jungingena słynąć będzie po całym świecie, a sława moja daleko w przyszłość zasięgnie.
— Wszystko już do uroczystości przygotowane, radni Zakonu, a też rycerze cudzoziemscy zasiedli już ławy w kościele, oczekują jeno ukazania się waszej miłości — przerwał te rozkoszne marzenia głos marszałka.
Ocknął się z swych marzeń Jungingen, ocknął z pewnym niesmakiem. Sarknął nawet:
— Ach, ten mydłek, śmierdziel! Będzie nas zanudzał swymi ascetyczno-rycerskimi pragnieniami. No, ale i z nim się prędko uporamy. Od czegóż wojna z Polską! — zakończył.
I przyoblókłszy oblicze w stosowny do okoliczności wyraz, szedł śpiesznym krokiem przez długie krużganki, łączące zamek z kościołem.
U wejścia czekało na niego sześciu urzędników, niosąc tarczę, buławę zakończoną krzyżem, czapkę w kształcie hełmu i płaszcz biały, odmiennego od innych kroju. W tym otoczeniu przeszedł przez kościół z stosownym wyrazem twarzy. Na lekką, krótką zbroiczkę zarzucono mu płaszcz, oddano berło, postawiono tarczę i Ulryk zasiadł na miejscu dla wielkich mistrzów przeznaczonym, miejscu, na którym od lat trzech, to jest od chwili swego obioru, jeszcze nie siedział.
Blade światło lampek i świec woskowych, rozstawionych na ołtarzu świątyni, gasił złoty promień czerwcowego słońca, wdzierający się przez wąskie okna.
Twarze wysokiej rady Zakonu, najznakomitszych komturów, jako i twarze rycerzy, nie wypoczęte jeszcze po długiej w noc pijatyce, nie mogły się również dostroić do uroczystości. Przedstawiały nudę. Usiłowanie pokonania rozszerzających się ust do ziewania wprawiało lica w jakiś skurcz, nadając im wyraz wprost wstrętny.
Niejeden też pytał ze zdziwieniem: