— Czatownik obaczy — ostrzegała pierwsza.
— Nie bójcie się, babo, powiemy, że przynosimy dary dla Zakonu — mówiło dziewczę wesoło, wskazując na króbki7 napełnione czerwieniącymi się jagodami.
— Bylebyś jeno srogo nie okupiła zbytniej swojej śmiałości — szepnęła stara.
Wtem dzwony umilkły.
— Drugi raz już kołyszą się i dzwonią. To coś znamionuje. Nigdy jeszcze tak nie było — mówiła dziewczyna.
I obie poczęły nasłuchiwać.
Dzwony przebrzmiały. Cisza zaległa dokoła. Jeno jakieś ptaszę cirkało w uwitym na murze gnieździe, a słońce czerwcowe w całej swojej krasie złociło mury i u stóp ich porastające ziele. Tak zaś ta cisza czy też nadchodzące południe ukołysało wszystkich, że przeszły koło głównej bramy, a czatownik ich nie spostrzegł.
Wtem głośny rozgwar wypełnił przestworze. Zmieszane głosy, śmiechy wznosiły się jak tuman, przedzierając grube mury.
Kobiety wstrzymały oddech, żeby cośkolwiek z tego gwaru uchwycić. Nic wszakże prócz zmieszanych głosów nie dochodziło ich ucha.
— Próżno, uchodźmy, bo jak się wysypie ta gwarna czereda za mury, biada nam będzie — mówiła stara.