Wkrótce jednak otrząsnął się, ręką posunął coraz dalej wgłąb wyżłobienia... Woda tutaj słabo się dostawała, wyżłobienie zagłębiało się w bok: wyciągnął się więc na nim i odpoczywał, chwytając w siebie wilgotne i cuchnące powietrze. Naraz usłyszał zsuwanie się przez kanał jakiegoś ciężaru, a około zwieszonych nóg uczuł najwyraźniej dotknięcie ręki ludzkiej.
— Jaśko! — krzyknął Siewros zamierającym już głosem i nie namyślając się, zsunął się ze swego wilgotnego łożyska.
Pchani tak dalej wodą, pędzili przez całą długość kanału, a jakim sposobem obadwaj znaleźli się wśród trzciny i szuwarów, rosnących na błotnistem wybrzeżu rzeki, i jak długo tam leżeli, zdać sobie z tego sprawy nie umieli. Gdy się ocknął Siewros, słyszał w dalszym ciągu szum wody, gwary dochodzące z oddalonego miasta, nie wiedział jednak gdzie jest, co się około niego dzieje. Olśniewała go tylko jasność promieni słonecznych, odurzał powiew od wody, pól i łąk, a tam w trzcinie głosy ptaków oznajmiały, iż jest jakoweś około niego życie. Chłopak przetarł oczy, otrząsnął się cały, gdy nagle jęk uszu jego doleciał. Resztkami sił podniósł się i oparł na łokciu. Opodal niego leżał Jaśko, cały obłocony i poraniony..., nad nimi niebo błękitne.
— Jaśko! — zawołał Siewros — Jaśko! — powtórzył raz jeszcze, chcąc się przekonać, czy żyje i czy rzeczywiście widzi to, co mu się przedstawia.
— Co? — zajęczał głos z pobliskiego sitowia.
Serce zakołatało w piersi Siewrosa, podniósł głowę i nadsłuchiwał jak zając, gdy chce się upewnić, z której strony niebezpieczeństwo zagraża. Lecz za każdem poruszeniem biedne pacholę czuło ból w całem ciele; senność go ogarniała, nie dawał się jednak.
— Co? — powtórzył głos z sitowia — kto mnie woła?
Ocknął się na to zapytanie Siewros, a mimo bolu, na czworakach zaczołgał się w stronę, skąd go głos dochodził.
Jaśko obłocony, ociekły krwią, jęczał w sitowiu; ogołocony z odzienia, świecąc poranionem ciałem, leżał nawpół przymkniętemi powiekami, powtarzając uparcie:
— Co? co?...