— Tak, nadzy, głodni i bezsilni — odezwał się Siewros — jednak uciekać trzeba.
I zerwał się chłopak, a chociaż chwiał się cały jak trzcina obok rosnąca, starał się jednak utrzymać na nogach.
Podparł go rozbudzony Jaśko.
— Uciekajmy, uciekać musimy — powtórzył Siewros.
— Wpław przez rzekę.
I rzucili się oba do wody. Los opatrzny zaprowadził ich w miejsce, gdzie niewiasty porzuciły szmaty, a litosna ręka Bernarda położyła chleb i napój. Odziani i pokrzepieni szli dalej pod osłoną mgły gęstej porannej.
— Aby jak najdalej od krzyżackiej ziemi! — mówił Siewros.
— Aby jak najdalej! — powtarzał Jaśko. — Gdybyśmy się dostali do moich.
— Albo do moich! — wzdychał Siewros.
I szli dalej.