— Czemu nie nie niesiecie, stos gore... wołał Tubingas.

— Zabił się!

— Zabił się! powtórzono do koła.

— Łeb sobie rostrzaskał! wołano.

Tabiugas zgrzytnął zębami.

— Za koło święte z tem ścierwem! wrzasnął Tubingas.

Szczątki nieszczęśliwego jeńca wkrótce uprzątnięto.

— Gdzie inni? brać ich!

Na rozkaz w mgnieniu oka pochwycono bladego smagłego młodzieńca, który górując wzrostem nad dwu pozostałymi, patrzył spokojnie błękitnemi oczami na otaczających, tylko jakieś drganie ust objawiało wzruszenie. Usta drgały lecz nie wydały głosu. Pochwycono nieszczęśliwego i związanego położyli na stosie... ogień od spodu obejmował drzewo, wężykowemi płomyki przydzierał się przez drobne chrusty, liżąc wielkie kłody drzewa i osmalając je, aby potem zajaśnieć wielkim płomieniem. Cisza była dokoła, objata miała być spełniona, uroczystość jej powstrzymywała od dzikich okrzyków. Tubingas tylko wołał:

— Perkun Ugni! Ugni! Ugni! i podniósł rękę z toporem, aby leżącego ugodzić.