— Przez miłość dla ziemi, przez miłość dla nas, dajcie wolność tamtemu. On razem z Siewrosem niewolę podzielał, razem z nim uciekł.

— On nie Niemiec, nie Krzyżak? pytał Tubingas.

— Nie, on jako i my niewolnik!

— Ale nie nasz? zapytał Chroniwos.

— Nie, on z innego lecz również nieszczęśliwego najeżdżanego przez Krzyżaków ludu, on od tych, co na południo-zachód od naszych lasów, tam po nad jeziorami a Wisłą mieszkają, on jest od Mazurów.

— To tam, kędy jasne pola a złote zboże, kędy wsie a miasta w broń i lud zasobne, mówił Chroniwos z pewną chciwością. Nie, ale on nie nasz! mamy ich dosyć! Nie!... Nie!

— On był z twoim synem w niewoli, razem z nim uciekł! wołał Bernard, a Siewros włóczył się od nóg dziada do ojca niemą zanosząc prośbę. Tubingas wreszcie podniósł dłoń, a spuszczając ją na ramię Chroniwosa zawołał.

— Nie godzi się zabijać druha naszych synów, on z owego plemienia skąd łupy pewne, — bogaty można okup pozyskać, ba i tam podobno od Gedyminowego grodu nowa gotuje się wyprawa, — jeżeli zna ziemie?...

— On był w niewoli, on nie zna ziemi swoich ojców! mruknął niechętnie Chroniwos!

— Ale zna ojców swych mowę, może wam być przydatny, gdy się gotujecie na nich! rzekł Bernard, chwytając sposobność do ocalenia współtowarzysza niedoli.