— I ona niech idzie razem z tobą.

— A Hex? — pytał ciągle przyciszanym głosem stojący uparcie Drega, a jego chytre niewielkie oczy błąkały się po twarzy wzburzonej rycerza, zatrzymując się od czasu do czasu na wielkiem opasłem licu drzemiącego mistrza.

— Do stu piorunów! Niechaj z was trojga piekło się ucieszy! — wrzasnął Dietrich uderzając pięścią!

Zygfryd podniósł znów głowę, zwracając wzrok pytający na towarzysza.

— Czy Hexa wypuścić? — zapytał Drega, przybierając jak najpokorniejszą minę.

Zygfryd poruszył leniwie ustami i skinął znowu rękę ku Dietrichowi, jakby już wszystko chciał uczynić, byleby się jak najprędzej uwolnić od opowiadającego i miły sobie spokój zapewnić.

— Idźcie wszyscy troje do djabła! — zawołał raz jeszcze Dietrich — rzekłem już, a niech się żadne Wielkiemu Mistrzowi nie pokazuje na oczy.

Drega cichuteńko lisim krokiem wyniósł się z komnaty.

Dietrich wstał i wielkiemi krokami zaczął się przechadzać, jak gdyby chciał uspokoić umysł wzburzony. Zygfryd zaś westchnął jak człowiek, któremu ciężar opadł z serca i pragnie teraz spoczynku, lecz z Dietrichem nie łatwa była sprawa.

— Nie pojmuję czemu Jego wysokość zezwoliła na tę wyprawę; obecnie Polska robi jakieś rokowania, by tę ciemną Litwę ku sobie przygarnąć. Nie drażnić więc nam Litwy napadami.