German odsnuął kubek mówiąc łagodnie:

— Nie dla Waszej miłości teraz napój gorący.

Zygfryd, jak posłuszne dziecię, dłoń opuścił, po chwili podniósł głowę wołając:

— Jam potęgą Zakonu!

I wielką pięść wyciągnął przed siebie.

German dłoń tę ujął i powoli, ze spokojem położył, mówiąc cichym głosem:

— Niech się Wasza wysokość uspokoi, dla dobra Zakonu i jego potęgi; nikt Waszej miłości tej potęgi nie odbierze.

— Nikt? — powtórzył Zygfryd leniwym głosem i spojrzawszy na nachylonego kapłana, dał się jego słowom ukołysać i wkrótce cisza, przerywana tylko ciężkiem sapaniem Wielkiego mistrza, zapanowała w komnacie.

Ojciec German podszedł do drzwi, a na znak dany przez niego, czterech olbrzymich knechtów postawiło ławę ze śpiącym na kołach i wtoczyło go do przybocznej sypialni.

German zostawił w spokoju Zygfryda i w zamyśleniu kroczył korytarzem do podziemia zamczyska.