Lecz nim dojechał do stolicy, posłał do starego Tubingasa: ale tego ani pachołkowie Gedymina, ani przybysze laccy, szukający z polecenia Chroniwosa gościny w schronisku starego ślepca, nie znaleźli. Były tam tylko same niewiasty, opłakujące Grażusę; dziad uprowadziwszy ją na służbę Perkunowi, dotąd nie wrócił.

Dowiedziawszy się o tem Gedymin, będący już na zamku, zmarszczył czoło, szarpnął się niecierpliwie za brodę, a nogą łaszącego się Meszkę, kopnął tak silnie, że ten aż kilkakrotnie koziołka przewrócił.

Przynoszący wieść ze schroniska Tubingasowego umknęli skwapliwie z przed oczu gniewnego pana, a Gedymin jął chodzić po wielkiej swojej komnacie, mówiąc półgłosem do siebie niecierpliwie:

— Mojeć to sprawy i mojej dziewki! nie potrzebuję rady Kunigasów, którzy mi swoją wolę narzucać chcieli... Tak, obejdę się bez tego starego ślepca, świętego ognia jemu już tylko pilnować a nie w sprawy ludu się wdawać!

I zamilkł, rzuciwszy się na ławę, okrytą skórą niedźwiedzią.

Po chwili znów mówił, lecz już z rozpogodzonem obliczem:

— Ba, gdy dziewka moja zasiądzie na lackim tronie, Lubart na księztwie Wołyńskiem, Olgierd odziedziczy po mnie Wileński zamek, Kiejstut Troki i sąsiednie na wschód ziemie, to ród Gedymina wzniesie się potęgą nad inne. Tak, tak, zapanuje i Krzyżakom pod sam bok wlezie! Oj, boć ten mały Władysław wywlecze im z gardzieli zabrane ziemie!

I zamyślił się znów, a siadłszy na ławie, jak na konin, kołysał się z jednej strony w drugą i coraz ciszej ze sobą rozmawiał.

A taki to już był jego obyczaj, że gdy miał jakie ważne sprawy na głowie, siedział sam w komnacie, a biada każdemu, ktoby tę samotność przerwać się odważył. Sam ze sobą najlepiej się nagadał, i woli swojej zadość uczynił i myśl już dojrzałą objawiał kunigasom zebranym. Rzadko też który ośmielił się przeczyć kneziowi, z którego wejrzenia padała taka stanowczość, iż wszelkie nie według jego woli słowo, daremnie nawet byłoby powtarzać. To też i teraz prócz trzasku ognia na kominie i mruczenia zwiniętych w kłębek w kącie niedźwiedzi, nikt mu biegu myśli nie przerywał.

Po chwili jednak wstał i gwizdnął głośno a przeciągle; musiało to być znane gwizdnięcie, bo niedźwiedź żaden z miejsca się nie ruszył, ale drzwi się otworzyły i wszedł czuwający w przybocznej komnacie pachołek. Niósł on wielką sobolową czapą i kaftan łosiowy, szyty barwistemi kolorami i złotem.