— Bom sobie przypomniał to, co mi właśnie o dowcipie Lgockiego opowiadano. Trzeba ci wiedzieć, że on już majątek rodzicielski odebrał i sam go administruje, a lubo i ten już jest bardzo wielki, toż jeszcze po panu Kąkolnickim prawie drugie tyle dostanie. Otóż, jak on gospodaruje. W jednej jego wsi, która leży nad Wisłą i w której on sam mieszka, łąka jednego kmiecia wyzwolonego tak przypierała do jego sadu z tyłu, że mu się ją kupić zachciało. Posłał tedy tam podstarościego, ale gdy ten mu przyniósł odpowiedź, że właśnie przed kilkoma dniami sprzedana: „Dobrze — rzecze — byle nie była pod moim sadem”. — W parę tygodni jednak, gdy wyszedłszy za sad obaczył tę łąkę na tymże samym miejscu: „Tak! — zawoła. — To powiedzieli, że łąka sprzedana, a łąka tu?” — i posławszy po tego kmiecia, sypnął mu pięćdziesiąt bizunów za kłamstwo.
— O! Głupi! — odpowiedziałem.
— Ale mu przez to pannę dają.
— O, nie będzie jej miał! — zawołałem.
— Dlaczegóż? Ty mu jej przecie nie zabierzesz.
— Kto wie — odpowiedziałem i jakaś myśl mi zaświtała w głowie, która mi nasuwała sposobność upieczenia dwóch pieczeni przy jednym rożnie; ale tymczasem przeszliśmy do izb tamtych, kędy drudzy zabawiali się goście. Więc poznałem się bliżej z piękną szlachtą tamtych okolic: jako z panem Rogalińskim, który, chociaż młody, niemałe już miał znaczenie u szlachty; z panami Stojowskimi, z których jeden nieodstępnym był towarzyszem księcia Marcina Lubomirskiego, marszałka konfederacji krakowskiej, mąż rycerski i prawy; z panem Jordanem, który potem służył ze mną w wojsku regularnym, z p. Krasuckim, który był tak gruby, że za dobrego wołu ważył, a zjadał ćwierć pirogów o zakład, i z wielu innymi jeszcze — tylko owego Jędrusia starościca omijałem z umysłu, bom go był znienawidził. Niebawem też dano obiad, przy którym pociągaliśmy po kropelce, fetując się nawzajem przy każdym kielichu przemowami i życzeniami. Jednak rozpusty nie było, a pod wieczór wszystko się rozjechało, bo każdemu niedaleko było do domu, my zaś z panem Konopką rozeszliśmy się wcześnie spać, każdy do izby osobnej.
Owóż znalazłszy się sam, dopiero począłem się pomału spowiadać z tego wszystkiego, co mi się od czasu mego wyjazdu z domu zdarzyło, jakoż i po trochę namyślać się nad tym, co mi dalej czynić wypada. I ze wszystkiego tego, co mi się przez myśl przesunęło, najbardziej mi głowę zagwoździł ów Jędruś starościc, który mnie tak głęboko dojął111 swym śmiechem, jakoż i owa panna piękna i delikatna, która już to niby miała popaść w ręce tego pucułowatego Mazura. Już przy pierwszym wspomnieniu Konopki o pani stolnikowej Strzegockiej gdzieś mnie to nazwisko wydało się być znajomym, nad czym pomyślawszy cokolwiek, doszedłem wkrótce, że siostra mego dziada, a rodzona ciotka mojego ojca była za jakimś Strzegockim; przy dokładniejszym atoli namyśleniu się przypomniałem sobie na pewno że ów Strzegocki nazywał się Jakub i był wojskim sieradzkim, ale musiało to być jeszcze gdzieś za czasu najazdu Szwedów na Polskę, bo i to pamiętałem, że gdzieś zginął na wojnie. Ale czy tenże pan wojski był w rzeczy albo mógł być przynajmniej jakim krewnym męża pani stolnikowej, o którym nic nie wiedziałem, tego już zgadnąć nie mogłem.
Jednak, bądź co bądź — pomyślałem — za grzeczność nikogo nie biją: uda się, to dobrze, a nie uda się, to mogę sobie prosto ze Źwiernika pojechać do Bóbrki i wcale już nie drużbować temu, który moje najlepsze chęci swymi żartami i zakładami znieważył. — Po czym zwyczajnie odmówiwszy pacierze, smaczno usnąłem.
II
Dnia następnego rano, powiedziawszy Konopce, że kiedy już tu na Mazurach mam się zabawić przez kilka tygodni, to wypada mi najprzód ze sprawami moimi obłatwić się w forum tarnowskim, gdzie mi jeszcze mój podpis położyć należy względem owej odsprzedaży Rab panu Urbańskiemu, i zostawiwszy u niego mojego podjezdka, sam wyruszyłem do Tarnowa. Przez drogę namyślałem się jeszcze, gdzie stanąć w mieście, jednak nie suponując112, aby z burdy się przedwczorajszej mogły być jakie bardzo złe skutki, zajechałem wprost do tejże samej gospody. Aliści ledwie co w bramę zajechałem, wybiegła do mnie owa karczmareczka i ze łzami w oczach zakomunikowała mi tę fatalną nowinę: że mąż jej już całą dobę siedzi w kałauzie113, że go biorą na śledztwo i że go zapewne niebawem wezmą i na tortury, bo jeden z żołnierzy, którzy partycypowali w owej bitwie, ranny jest śmiertelnie i byłby pewnie zabity, gdyby nie to, że kula trafiła w guzik metalowy i straciwszy pęd, tylko głęboko wryła się za skórę. Opowiadała dalej, że jest najnieszczęśliwszą kobietą pod słońcem, bo chociaż pewną jest tego, że jej mąż nie strzelał naówczas, czego dowód w tym, że żadnej broni palnej nie posiadał w swym domu, jednak ona, nie mogąc się wcale domyśleć, kto ten niefortunny strzał puścił, nie może z niego przed sądem usunąć suspicji114. Przychodził wprawdzie do niej ów stary patron, który był świadkiem owej bitwy, i powiadał jej, że namyśliwszy się dobrze, może by sobie mógł wcale przypomnieć, kto był ten, który strzelił, jednak to by wiele kosztowało pieniędzy.