— Parol.

— A ja jestem za świadka — dorzucił pan Urbański — biadaż temu, który by się nie stawił; mnie by się musiał za to sprawić.

— O! Nie będzie z tego nic — odpowiedział Konopka — każdy się postawi, za to ręczę. — A tymczasem pan Urbański począł opowiadać ożenienie się swoje, co bardzo było ciekawym. Otóż przy takich opowiadaniach i krążeniu kielichów zeszedł nam czas pięknie aż do samego rana; a kiedyśmy już mieli kazać zaprzęgać i żegnać się, a Konopka koniecznie stawił się na tym, abyśmy do niego jechali na obiad, wszedł Żyd, faktor pana Załęskiego, i dał nam znać, że Węgrzy wino przypławili Dunajcem i że można by tanio kupić; więc pan Urbański mi mówi:

— Jedźmy tam, panie bracie, może co wybierzemy, a mamy wózek próżny pana Załęskiego, toby było gdzie wziąć.

Więc pojechaliśmy — a to półtory mili, bo aż pod Wojnicz. Tameśmy26 znowu inną szlachtę poznali, która przyciągnęła do wina. Więc byli tam Rogalińscy i Stojowscy, Jordanowie, Lubienieccy i Dąbscy, Niemyscy i Brodzcy, i innych wiele, to tam się formalny jarmark zrobił, a beczek było paręset. Myśmy kupili sobie trzy i wracaliśmy nazad, ale na pół drogi na gościńcu zastąpił nam cale niespodziewanie Konopka, który naówczas jeszcze o swój majątek leżący w Krakowskiem musiał się procesować i tymczasem Koszyce trzymał dzierżawą i prawie mocą nas zabrał do siebie. Koszyce były to dobra niegdyś do oo. jezuitów należące, później po tychże zniesieniu27 przez rząd administrowane i wypuszczane28, teraz zaś przez cesarza jmć panu Łętowskiemu, posłowi sejmowemu, za jakieś zasługi darowane, i od niego to wziął je dzierżawą Konopka. Tam tedy piliśmy już na zabój; ażeby jeszcze gospodarzowi naszemu przystojną jego gościnę odwetować, wzięliśmy go jeszcze ze sobą do Tarnowa i sprosiwszy cokolwiek szlachty, pod przywództwem panów Urbańskiego i Załęskiego, począwszy po sanocku, dwie naszych beczek wina wypiliśmy za jedną noc.

— Tęgo ci my pijema — mówili Mazurowie — ale Sanoczanie, pal ich kat! — Bośmy też mieli czym się pochwalić: pan Urbański, wzrostem nieduży, ale tuszą potężny, mógł tyle pić, ile chciał, a kiedy mu się w głowie zaczęło cokolwiek kręcić, to tylko choćby nawet przez okienko zachlipnął trochę świeżego powietrza, już się i wytrzeźwił, i mógł pić de noviter29, jak gdyby na czczo; pan Załęski zaś mówił:

— Sztuką kozły tłuką, mosanie, a Mazury kubkiem! — i palił kubek półgarncowy30 jednym oddechem. Więc Mazury tylko oczy wytrzeszczali na nas, bo i mnie było niczego, a wciąż mówili:

— Oto owsiani doją jak smoki, a jaka u nich fantazja, jakby się na ryżu wypasali, a nie na górskiej owsinie.

— Ho, ho! — krzyknie pan Urbański. — W górach owies skacze, a na dołach pszenica leży albo ją pławią do Warszawy, aby za nią piwa nazwozić. — I tak przycinając jedni drugim dla krotochwili, wyciągnęliśmy obie beczki; ale przy końcu już się jakoś z Mazurami niewiele można było dogadać; więc kiedy my się jeszcze trochę trzymamy na nogach, rzeknie pan Załęski:

— Jedźmy, panie bracie, bo i tej beczki nie dowieziemy. — A ja na to: