Spojrzeli jeszcze raz na mnie i jeszcze raz po sobie, po czym ów w mundurze, który się zdawał z nich być najstarszym, zaszwargotał coś do mnie po niemiecku, ja też na to:
— Przepraszam, ale nieświadom jestem tego języka.
Tedy on do tego mizernego, o którym wspomniałem na ostatku, znowu coś swoim językiem. W tejże chwili przyskoczył ów do mnie w brązowym fraku i zacierając ręce, i skacząc, coś prędziuteńko powiedział, ale i z tego nie zrozumiałem więcej, jak tylko to, że ów mówiący do mnie jest Czech, bo mowa jego nie brzmiała tak, jak każda inna ludzka, jeno jakby kto racę wypuścił. — Krżptrżtkrższ! — Ani jednej samogłoski nie miał snadź w całej gębie. Dopieroż ów średni, a najsłuszniejszy ze wszystkich, zażywszy pomaleńku, a dokumentnie tabaki, odezwał się:
— Forsan dominatio vestra loquitur latine198?
— A! Także gadaj! Loquor199, mości dobrodzieju.
Zaraz też rozmówiliśmy się, a że się im prezentowałem, kto i jaki jestem, więc i oni zaraz mnie powiedzieli, że owo pierwszy z nich, ów mundurowy, jest to kapitan od inżenierii cesarskiej i nazywa się baron von Holmfels; drugi jakiś tam Niemiec, cywilny, nazwiskiem Streitenbach, a trzeci, ich pisarz czy aplikant, Czech rodem a Wlk nazwiskiem. Powiedzieli mi również, że jadą w Karpaty, gdzie pomiędzy Jasłem a Nowym Sączem mają jakieś drogowe czynności.
— A, toście się panowie niedobrze wybrali — rzekłem im na to — ponieważ nie masz tędy dróg sposobnych dla tak wielkich i ładownych wozów; ledwie się tu najdą itinera200, i to periculosa201.
— Periculosa? — zawołał pan Streitenbach, przeciągając twarz jeszcze na pół łokcia.
— Nie periculosa dlatego — odpowiedziałem przestraszonemu Niemcowi — iżby na nich bito lub obdzierano, ale dlatego, że są wąskie i wywrotne.
— A! To wiemy — odpowiedzieli — bośmy już ich praktykowali od rana; ale to już mniejsza o to, za kilka lat będą one insze w całym tym kraju.