Leżałaby długo w tym zawieszeniu między snem a życiem, zdjęta rozkoszą cichego zachwycenia, gdyby dźwięki wciąż równie słodkie, równie harmonijne były; lecz wzniósł się spośród nich ton jeden głośniejszy, ostrzejszy, w niezgodzie z towarzyszami, podobny do krzyku, który konając, na jęk się przemienia.
Wzdrygnęła się, podniosła się nagle, a teraz dopiero wydało się jej, że snem zdjęta i na to, co zobaczyła, jak na sen patrzy.
Blaskiem złotym i błękitnawym goreje komnata, pierwszy raz jej sklepienie całkiem otrząsnęło się z cienia. Wśród tego dżdżu jasności stoi młodzian z hełmem i lampą na hełmie, z której buchający płomień starczy na całą przestrzeń więzienia, w dłoniach trzyma naczynie rażącego poloru, z strunami i kulkami, laseczką po nich przegrywa, czasem o boki naczynia uderzy, a wtedy słychać jakby rozdzierające stękanie. Ubiór dziwaczny, składnie leży mu na ciele; kaftan to wschodni, zielony, posypany srebrnym ziarnem, pas z tyftyku i szarfa takoważ, kindżał sadzony kamieńmi, a nad tym wszystkim suknia szeroka, przejrzysta, niby muślin, niby mgła, tak jasna, jak wyziewy przy słońcu, w rozmaitych fałdach osuwająca się na dół, pełznąca w górę, kształtnie wisząca u ramion, rozsuwająca się nad piersiami, jedno że i greckiej togi, i kastylskiego płaszcza, i tureckiej delii wszystkie łączy powagi i wdzięki. Przysłuchuje się, przypatruje się Maryna — owóż on tak jej przyśpiewywał.
— Gdzie niewolniki moje? Już nie stąpam po posadzce z ich karków. Gdzie hufce, którym kiedyś mówiłem: „zaćmijcie słońce, bo ono mnie pali!”, a wnet z tysiąca kołczanów podnosiła się chmura i lecąc jak szarańcza, przesłaniała słońce. Walają się ich kości na Kiafelu błoniach.
Daleko mi do mojej krainy, matki kwiatów i kadzidlanych drzew; daleko do nadbrzeżów osutych konchami, zarosłych koralem; do piaszczystego morza, na którym żaglem moim bywał namiot biały, tratwą grzbiet wielbłąda, a łódką siodło rumaka; do miast, gdzie minaretów wieże równe w liczbie sosnom waszych borów, błyszczą wiecznie jako wasze sosny wtenczas, kiedy je zachód oblewa; do nieba o krzyżujących się meteorach nad głowami ludzi, jak u was krzyżują się chmury; o burzach, którym przywodzą geniusze na simumu wirach, potopem błyskawic zalewając powietrze, piramidami ze żwiru najeżając pustynię.
Już mi nawet język rodzinny, język mój cudowny, w którym Allah upodobał sobie, omdlewa w pamięci. Gruba niewiernych mowa osaczyła me uszy dokoła sieciami. Zapomniałem wzdychać serdecznie do proroka, w jednym słowie zamykać zapał duszy. Krótsze u was oddechy, ani starczą wam płuca na uczczenie Boga, nie umiecie się wyrwać ku Niemu. My to, my to zdołamy marzyć o nim i o raju długo, świętym natchnieniem przejęci; a wtedy nie miałkie ni krótkie słowa z ust nam wychodzą, ale przedłużone, pełne pożądliwości ku tym drzewom nieśmiertelnym i niewyczerpanym fontannom, obiecanym po zgonie. — Matka mi umarła, czasu na łzy nie było, ojciec poległ, nie płakałem, lecz przysiągłem zemstę; z szacha spadłem na giermka — nie żaliłem się dotąd nikomu — ale teraz, kiedy zapominam mojej mowy, płaczę, płaczę, huryso moja. Czuję co dzień więcej słów zagubionych na zawsze. Ich wspomnienie trapi jak mara kochanki dalekiej, której nie ujrzę już nigdy, której twarz mgłą mi zachodzi, a którą kocham jeszcze.
Wieczorem, kiedy zasypiam, krążą jeszcze po moim mózgu; rankiem, kiedy się budzę, już odbiegły od pamięci mojej. Walczę, jak mogę, nie chcąc myśleć po cudzemu, a wasza mowa wdziera się do mojej głowy, wypycha ostatki dawnej, podchwytuje każdą myśl i ubiera w swoje barwy, śmiejąc się z moich żalów i oporu. Jedne po drugich mrą drogie pamiątki; jakaś tam przepaść jest, co czyha pod moim mózgiem; w nią wyraz po wyrazie zlatuje, strącony od62 waszych twardych, nieużytych, zawziętych. To męka — to rozpacz — płaczę, płaczę, huryso moja!
I tu uderzył o naczynie. — Maryna nie zdołała wstrzymać się od krzyku.
— Zniosę to jednak dla ciebie: bądź mi łaskawą, a niechaj przepadnie język moich ojców we mnie. Bądź mi łaskawą, a stanę się polskim rycerzem lub moskiewskim bojarem do woli twojej. Kochaj Agaj-Hana, rzuć mu półksiężyc pod stopy, a on, depcąc, przejdzie po nim; kochaj Agaj-Hana, a on ci drzwi lochu postawi otworem! —
Po tych słowach nagle zagasła lampa szyszaku — ciemność większą część więzienia zagarnie: raz jeszcze zabrzmiały struny, ale przypadkiem, nienaumyślnie; potem nic już się nie odezwie; ni stąpań, ni oddechu nie słychać, jedno kroki po schodach wieży, gdzieś daleko ślizgają, a podwoje nie skrzypnęły, ni rygle zabrzękły.