Zarucki namyśla się w milczeniu; rysy, z początku surowe, wypogodniały, znać, że litość czy wzgarda przemogły nad prawem zdobywcy, nad zwyczajem owych wieków. Już usta się jego roztwierają, wnet wyrzeknie, by jeńca wypuścić. Wtem spojrzał przypadkiem na poduszkę przy krześle — na niej leży jego bułat, karacena i kołpak się wznosi, czarny, stalowymi obszyty pierścieniami, sobolowym rąbkiem obwiedzion, nad którym świeci topaz w złoto oprawny — i u owej klamry dziwnie wygląda zatknięty kędzior jakowyś, spiekłą krwią i brudem zmazany.

Wyrwał go syn stepów i skoczył z siedzenia, w pochmurności czoła zagasł już wschodzący nań brzask miłosierdzia; pomiędzy łupami przechadza się żywym krokiem, deptając zawoje, szaty, klingi, mnie w dłoni sierść ową i ciągle milczy wśród towarzyszy, którzy, zadziwieni i przelękli, usuwają się przed nim.

— Widzieliście — wreście zawoła — widzieliście sami, jako rącze były na suchym i na mokrym polu, w trzęsawiskach nie grzęzły, ale z kępy sadzały na kępę, w nurtach rzek pływać umiały, gdyby dzikie wydry. Iwanie, byłeś ze mną, kiedy Istambuł uniósł mnie z pożaru Kołomny, wszak on potu nie żałował wtedy, by ocalić pana; od dymu i iskier nie odwracał nozdrzy. Leciał na zabój przez płomienie i rżał z odwagi. —

Tu się zatrzymał i zdał się szukać kogoś wśród stojących Kozaków.

— A ty, Sobolewski — mówił dalej, wskazując na jednego z nich — służyłeś mi za giermka w owej potrzebie z Achmetem Gierajem; pamiętaszli, jako biedna Giemza dokazywała pode mną. Trzy razy wskroś przez rzędy bisurmanów przebiłem się wtedy, a zawsze tak chyżo mnie niosła, że czasu nie miały ich oczy dobrze mierzyć, ich dżyryty dolatywać mnie! A mur on wysoki na uboczu łąki zielonej? Dobiegła, przesadziła, spadła na wszystkie cztery kopyta, parsknęła i biegła dalej! A dziś, z nich obojga białe koście na brzegach Pratwy — przeklęta owa noc, owa pogoń, owe tatarskie pacholę, przeklęci Moskale niewierni Marynie, zmienniki, służalce Michała, popowskiego syna: oni mnie pozbawili najlepszego konia, najlepszej klaczy mojej! —

I tu przestał, po chwili się odezwał, ale już gwałtowniej.

— Ja wam powiadam, słuchajcie, mołodźcy, słuchaj i ty, Greku, choć nie rozumiesz i słowa, boś nigdy nie bieżał po stepie, jadłeś, piłeś, ssałeś winograd na sofach — ja wam powiadam, że już nigdy nie zobaczycie nic równego! Jako psy do mnie przywiązane były; a jaka maść, a jaki polot ogona, a jaka falista grzywa — oczy gdyby węgle, szczery ogień buchał z nozdrzy! Istambuł miał gwiazdkę białą między uszami, ale Giemza cała czarna była. Kiedym świsnął, przybiegały do mnie, kiedym pogłaskał, z radości tarzały się w piasku, a krzyknąć, to klękały, by łatwiej wsiąść było. Nie raz, ale sto razy ostrzegły mnie rżeniem, że nieprzyjaciel za borem, za wzgórzem, w borze; nie raz, ale sto razy życie im winienem. Cóż powiecie na to? —

Nikt nie śmiał się ozwać.

— A ja wam powtarzam, że lepszych rumaków świat już nie zobaczy. —

To mówiąc, porwał za puchar z kryształu stojący wśród łupów i rzuciwszy o ziemię, roztłukł na drobne kawałki.