On byłby dawniej porwał za szablę, zawołał na swoich: „Do siodła i zbroi!” — i poszedł wprost naprzeciw burzy dla spróbowania losu. Dziś równie śmiały — ni go lata, ni wczasy nie garbią ku ziemi; ale już nie ufa szczęściu. Dziwne przeczucie każe mu powtarzać po cichu: „Ostatnie to chwile panowania mego” — bo ludzie wyżsi nad gmin natchnieniem duszy lub czynami ramienia bliższe mają spółkowanie z światem duchów i jego poszeptom wierzą głęboko. Zdarza się często, iż takowe przeczucie we śnie się urodzi; czasami we dnie przy blasku słońca, czasami wieczorem wśród tańców i muzyki, nie wiedzieć skąd zleciało, ale to pewna, iż rozgości się w duszy i z niej już się nie oddali, dopóki się wraz z życiem nie rozemdleje w chwili dopełnienia. I w tym przeczuciu jakowaś rozkosz przebywa — niepojęta, pełna smętnego powabu; bo nieszczęście jest wielkością człowieka na ziemi; a dusza przywykła do niebezpieczeństw, nie lękając się zaguby, nim nadejdzie, pewna, że jej uniknąć nie sposób, to używa uciech życia z podwójnym zapałem, to z uroczystością gotuje się na śmierć, a pośród tych przemian co godzina, co chwila, siła przeznaczenia mocniej ją krępuje. Nie tylko szczególni ludzie, ale całkie ludy w takowy sposób konają czasami.

Spiesz się więc, spiesz, Igorze Zarucki, nasycić oko wdziękami lubej, [usta jej ustami], nacieszaj się przepychem i zbytkami wschodu, nie dbaj o to, że za kilka dni może z owych bogactw i całego królowania twego jedna ci pozostanie żelazna koszulka. [Szczęśliwy, jeśli ci własny miecz nie rozpryśnie w dłoni.] Bohatyry są posłańcami przeznaczenia, wieszczami, których natchnienie wywraca miasta i wytępia ludy — od kolebki do grobu siła ich pędzi nieznana, wszechmocna, której ani wrogi się nie mogą oprzeć w chwili zwycięstwa, ani oni sami w godzinie upadku. Pospolitym ludziom przystało się trapić, kiedy śmierć przewidują, ale nie temu, który z wyższego zrządzenia umiera; a żył w taki sposób, że choćby legł w pustyni lub w głębinie morza, stamtąd imię jego zmartwychwstanie jeszcze, by ziemię oblecieć.

A Marynie dotąd śni się o berle i Moskwie; niewieścia wyobraźnia żywszymi farbami świat wystroić umie i jeszcze wśród burzy tęczę nadziei rozwieść po chmurach. W jej objęciach Zarucki innym człowiekiem — posępność z czoła mu precz uchodzi, w ramionach, którymi kibić jej oplata, zdusiłby wszystkich wrogów swoich; ale kiedy przejdzie chwila uniesienia, kiedy nastąpi omdlenie rozkoszy, wtedy znów czuje, że go śmierć czeka.

Żal mu jednak zamiarów, nad którymi wiele nocy przeczuwał i doczekał się białego ranka. Wreście schylił głowę przed Bogiem; dalej łudzić się nie myśli — dzieckiem na to, nie mężem być trzeba. — Do upadłego się bronić i upaść — oto jego ostatnia pociecha; bo w tej ostatniej walce rozwinie wszystkie siły swoje: poznają nieprzyjaciele jako lew osaczony kona.

Już też i jesień nadchodzi. Słońce nie tak wspaniale krąży po niebie, wichry od Kaspijskiego Morza śpiewają hymn śmierci kwiatom i drzewom; fale Wołgi pienią się od wściekłości, wokoło Astrachanu piramidy piasku wznoszą się i przechadzają w pustyni niby ruchome mogiły. Po zachodzie ogromna łuna widnokrąg rozpala — rzekłbyś, iż miasto wielkie goreje w oddali; meteory latają w powietrzu i rozpadają się na iskry czerwone, [słuchać szumy w powietrzu, a chmury biją się na niebie jak wojska na ziemi]. Gmin tymczasem szepce o wróżbach i znakach, o powodzeniach i upadku mocarzy i wodzów.

IX

Kozaków z Siczy i Kozaków z Terku wyginęła moc. Do ostatniego bronił się Zarucki, wreście konia dosiadł i z hufcem mołodźców zniknął w stepach.

Wojska moskiewskie zalały oba brzegi Wołgi. Astrachan wrócił pod panowanie carów. Szein Nikomko Horbroków przywodzi owym tysiącom, które się rozbiegły za Zaruckim, za Maryną. Po pustyniach pędzą Tatarzy i upatrują śladów uciekających; ale nieraz z tej pogoni już do wodza nie wrócą; mróz jeźdźców i konie do ziemi przykuje.

Szwed, który dał się namówić do dalekiej wyprawy, dotrzymuje, jak może, kroku zimie i z ciężką rusznicą brnie po śniegach, brnie w piasku pod spodem.

Moskale śmieją się i powoli stąpają; im nie mroźno, im dobrze, im doma101 wśród zawiei i śniegów. Zaludniły się puszcze; obozy co chwila przesuwają się po nich; wielbłądy stąpają z białymi namioty gdyby z skrzydłami na grzbietach; świstom wichru na przekór grają trąby i kotły; pod szarymi chmurami błyszczą hełmy; tłum bród moskiewskich, podobnych z daleka do zgrai buńczuków, posuwa się naprzód. Coraz głębiej zapuszcza się wojsko w manowce pustyni. Tak bowiem car Szeinowi kazał, a Szein przykazuje im teraz.